piątek, 13 lipca 2018

dlaczego trening powinien odbywać się na świeżym powietrzu a nie w klimatyzowanym pomieszczeniu? Why we should train outdoors instead of in an air-conditioned rooms?

Dziś byłam wściekła na wszystko. Najlepszą metodą na rozładowanie emocji pitty jest zmęczenie fizyczne, a bieg świetnie spełnia tę rolę. Ponieważ padał deszcz, a trochę kaszle, zdecydowałam się pobiec na bieżni zamiast na świeżym powietrzu. I z każdym kilometrem żałowałam tej decyzji. Żeby pobiec zaplanowane kilometry pogrążyłam się w myślach o wadach i zaletach treningu na siłowni. Wróciłam myślami do moich dywagacji warsztatowych/ wykładowych, podczas których dziewczyny pytały mnie czy lepiej podczas smogu i w czasie silnych zanieczyszczeń w mieście ćwiczyć na powietrzu czy w klimatyzowanej salce z oczyszczaczem powietrza. Zatem przedstawiam moje dzisiejsze przemyślenia w wersji punktowej:
1) osobiście w pomieszczeniu "duszę się", brakuje mi tlenu. Myślę, że wiele osób tak ma. W zamkniętym pomieszczeniu wydajność treningu jest o wiele mniejsza ze względu na małą ilość tlenu. Zrób test i przebiegnij tą samą odległość w takim samym tempie na powietrzu i w zamkniętym pomieszczeniu. Kiedy zmęczysz się szybciej? 
2) Z kolei podczas upalnej pogody lub na zanieczyszczonej spalinami/dymami trasie zmęczysz się szybciej lub porównywanie do klimatyzowanego pomieszczenia. Wniosek: biegaj w lesie lub parku o poranku lub wieczorem, chyba, że jesteś alergikiem...
3) Alergicy na pyłki i roztocza powinni unikać nadmiernej aktywności na powietrzu w czasie pylenia, z drugiej strony alergicy na pleśnie powinni stronić od klimatyzowanych sal.

Główne grzechy alergików podczas uprawiania sportu:
  • niewiedza o tym, co uczula,
  • nieświadomość wartości stężenia pyłków (najwięcej w powietrzu między 6 a 9 oraz wieczorem)
  • brak ochronnej maseczki filtrującej pyłki
  • niezwracanie uwagi na czynniki atmosferyczne
  • nieodpowiednio dobrana aktywność – jednostajne ruchy obniżają dyskomfort
4) Z potem wydalamy toksyny, lepiej, żeby zostały w powietrzu niż na skórze ćwiczącego obok kolegi. W klimatyzowanym pomieszczeniu, rzadko wietrzonym, kumulacja lotnych toksyn jest ogromna! Nie chciałabym pochłaniać obcych odpadków, wystarczająco dużo mam swoich do wyrzucenia:) Pomyślałeś o tym, że po przyjściu z siłowni głowa może boleć cię nie tylko z braku tlenu ale też z zanieczyszczenia ciała obcymi toksynami?
5) Skupienie, koncentracja to klucz do sukcesu. Czy jesteś w stanie skoncentrować się gdy naokoło jest wiele ludzi, gra głośna muzyka, oglądasz film. Wprowadzasz za dużo waty do treningu - to nie służy niczemu dobremu. Każdy trening, prócz swoich oczywistych walorów prozdrowotnych i kondycyjnych, ma służyć też uspokojeniu umysłu. Łatwiej zrobić to w lesie czy w parku biegając nawet w kółko niż na siłowni.
6) Poziom endorfin wydzielanych podczas wysiłku będzie większy gdy będziesz rozkoszował się piękną okolicą, widokami zapierającymi dech w piersiach lub po prostu gdy pobiegniesz polną drogą zamiast patrzeć w tą samą ścianę.
7) Jeśli musisz wyznaczaj sobie cele - nacieszysz swoją pittę. Na siłowni masz możliwość dorzucania sobie ciężarów, zmiany urządzeń itd. Ale na powietrzu masz ogromne możliwości jakie daje praca z własnymi kilogramami. Kalistenika daje proporcjonalny przyrost masy mięśniowej do elastyczności i możliwości aparatu szkieletowego. To najlepszy możliwy trening siłowy, który swobodnie możesz wykonywać w parku na macie. Biegając czy jeżdżąc na rowerze masz teraz mnóstwo możliwości do obserwowania swoich wyników (np. endomondo) nie musisz więc kurczowo trzymać się rączek bieżni, żeby sprawdzać puls, tempo czy liczbę spalonych kalorii:) Organizm sam przyzwyczaja się do podnoszenia sobie poprzeczki, nie martw się, to mądra bestia:)
8) Co z tą nawierzchnią? Nikt chyba mi nie powie, że bieganie na bieżni jest lepsze niż po ziemi. Owszem, pasy bieżni są coraz lepiej dostosowane do stopy a największą rolę odgrywają buty, ale nadal leśna ścieżka wygrywa ten pojedynek. Bieżnia może wygrać jedynie z asfaltem. 
9) Nawet najlepiej dobrany program na bieżni nie odzwierciedli rzeczywistych układów wzniesień i spadków. Inaczej biegniesz pod rzeczywistą górkę a inaczej pod inklinację nr 5. To nawet inny układ stawów.
10) z bieżni możesz spaść jak się zagapisz:):):)  


Today I was mad at everything. The best method to relieve the emotions of pitta is physical fatigue, and the run perfectly fulfills this role. Because it was raining today, I decided to run on the treadmill instead of in the open air. And I regretted this decision with more and more kilometers... To run the planned kilometers, I became absorbed in the thoughts about the pros and cons of training at the gym. I returned my thoughts to my workshop / lecture discussions, during which the girls asked me if it was better exercise outdoors or in an air-conditioned room with an air purifier during smog. Therefore, I present my present thoughts in the point version below:

1) personally in the room I lack oxygen. I think many people have it. In a closed room, the training performance is less effective due to the small amount of oxygen. Would you like to test? Run the same distance at the same rate in the air and in a closed room. When will you get tired faster?

2) In hot weather or on a polluted route, you will get tired faster than into an air-conditioned room. Conclusion: run in the forest or park in the morning or evening, unless you are allergic ...

3) Pollen allergens and dust mites should avoid excessive activity in the air during pollination, on the other hand molds allergy sufferers should avoid the air-conditioned rooms.

The main sins of allergy sufferers during sports:

- ignorance of what they are sensitizing,

- unawareness of pollen concentration (the highest in the air between 6 and 9 and in the evening)

 - lack of protective mask filtering pollen

- indifference to whether

- incorrectly selected activity - monotonous movements reduce discomfort

4) With sweat, we expel toxins. It's better that they spread in the air than on the skin of friend practicing next to us. In an air-conditioned room, rarely ventilated, the accumulation of volatile toxins is enormous! I do not want to "consume" foreign debris, I have enough to throw away :) Did you think about the fact that after coming from the gym, you may have headache not only from lack of oxygen but also from foreign body toxins?
5) Focus, concentration is the key to success. Are you able to concentrate when there are many people around, play loud music, watch a movie? You put too much vata into training - it does not do anything good. Each workout, apart from its obvious pro-health and fitness values, is also to calm the mind. It's easier to do it in the woods or in the park, running even in circles, than at the gym.
6) The level of endorphins during exercise will be greater when you enjoy the beautiful surroundings, breathtaking views or just when you run a field road instead of looking at the same wall.
7) If you have to set goals - do it and enjoy your pitta. At the gym, you have the opportunity to add loads, change equipments, etc. But in the air you have the great opportunities that work with your own kilos. Kalistenika gives a proportional gain in muscle mass to the flexibility and capabilities of the skeletal apparatus. This is the best possible strength training that you can freely do in the park on the mat. When running or riding a bike, you now have plenty of possibilities to observe your results (eg endomondo) so you do not have to hang onto your treadmill to check your pulse, rate or calories burned :) 
8) Nobody will tell me that running on the treadmill is better than on the ground. Yes, the treadmills are more and more adapted to the foot and shoes play the most important role, but still the forest path wins the duel. The treadmill can only win with asphalt.
9) Even the best-chosen program on the treadmill will not reflect the actual layout of hills and slopes. in another way you run to the actual hill, and differently to the inclination No. 5. It's even a different arrangement of joints.
10) from the treadmill you can fall :) :) :)



sobota, 16 czerwca 2018

choroby wieku dziecięcego - co na to ajurweda


Większość chorób wieku dziecięcego, takie jak ospa, odra, świnka, koklusz są w ajurwedzie uważane za niezwykle istotne w budowaniu silnego układu odpornościowego. Należą one do chorób „oczyszczających” ciało poprzez towarzyszące im symptomy: biegunkę, wymioty, katar, gorączkę, zapalenia, swędzenie czy przekrwienie. Jest to niezwykle istotne, bowiem organizm w ten sposób samoistnie oczyszcza się ze skumulowanych zanieczyszczeń i złogów (należy pamiętać, że małe dzieci jedzą dużo śluzotwórczych pokarmów i nie mają jeszcze niektórych enzymów potrzebnych do prawidłowego trawienia). W ajurwedzie przejście chorób wieku dziecięcego uważa się za pewnego rodzaju krok w stronę dorosłości poprzez „oderwanie się” od bariery ochronnej stworzonej przez matkę i jej system immunologiczny. Teraz organizm musi nauczyć się sam walczyć z drobnoustrojami i budować własny system obrony. Oczywiście to wszystko jest pewnym uproszczeniem, bowiem wszystko zależy jak dziecko przejdzie taką infekcję i jak jest silne. Przesłanie jest jednak jasne, a wynika z niego, że choroby przebiegające gwałtownie z wysoką gorączką, biegunką, wymiotami czy silnym katarem działają jak naturalna panczakarma! To, co mnie utwierdza w tym przekonaniu to fakt, że po praktycznym wyeliminowaniu poprzez szczepionki niektórych chorób np. ospy czy odry, tworzą się zmutowane wersje innych wirusówek, jeszcze gwałtowniejsze w przebiegu np. rumień zakaźny. Nie unikniemy tego typu chorób zakaźnych, choćby nie wiem co. Obecnie szerzą się rotawirusy, adenowirusy i różne inne szmatławce, które zawsze w takiej czy innej formie będą atakować nas i nasze dzieci. To prawo natury. Zamiast podawać dziecku kolejną szczepionkę (poza tymi obowiązkowymi) na to czy owo radziłabym się raczej skupić na wzmacnianiu systemu odpornościowego, tak by przejść taką chorobę jak najbardziej łagodnie. Efekt taki sam a mniej problemów:)


niedziela, 3 czerwca 2018

oczy odbiciem zdrowia

Jestem zafascynowana od jakiegoś czasu możliwościami jakie daje analiza oka. Zrobiłam kurs irydologiczny i mogę zaprezentować dyplom, ale przede mną jeszcze kilka tysięcy oczu do obejrzenia, żebym nabrała wprawy. Niemniej jednak tego właśnie brakowało mi w moim wydaniu ajurwedy - kompletnej analizy, szczegółowej. Teraz, dzięki możliwościom jakie daje mi znajomość zmian na tęczówce jestem o wiele dokładniejsza w analizie i tzw. "badaniu przesiewowym". Co ciekawe, jest BARDZO DUŻO podobieństw między irydologią a ajurwedą:
1) obydwie te dziedziny uznają indywidualną konstytucję jako podstawę do diagnostyki
2) obydwie dzielą typy konstytucyjne na trzy (w ajurwedzie vata pitta kapha, w irydologii typ limfatyczny, mieszany i hematogenny) o niezwykle podobnych cechach!
3) operują na tych samych podobieństwach, cechach
4) tak samo dążą do podejścia holistycznego
5) nadrzędnym celem jest profilaktyka:)
6) mimo, że nigdzie nie jest to powiedziane wprost uważam, że podstawy współczesnej irydologii wywodzą się z założeń....ajurwedy!
A więc zapraszam do mnie na analizę wszystkich, którzy poszukują dla swoich problemów alternatywnego rozwiązania:) A szczególnie mile widziane dzieci:)

czwartek, 31 maja 2018

okresowe obżarstwo

Nienawidzę tego czasu, pewnie wiele z was tak też ma. Za każdym razem i każdorazowo co miesiąc obiecuję sobie, że to OSTATNI RAZ kiedy tak robię. I kolejnego miesiąca nie dotrzymuje słowa:( Może ze względu na późną porę pracy, może kolejny dzień z maratonem zadań do wykonania, a może po prostu przez ten zespół napięcia przedmiesiączkowego???
Pierwszego dnia okresu, odkąd pamiętam, dopada mnie chęć nieposkromionego zjedzenia wszystkiego, co staje mi na drodze. No może bez przesady:) Nie zjem tego, co na co dzień i tak nie jem, ale jeśli są tylko zapasy jakiś słodkich przekąsek lub nawet sucharka z masłem ghee to wcisnę. Wciągnę nawet banana, którego na co dzień nie trawię. Jeśli pojawi się w zasięgu mojej ręki czekolada na ksylitolu albo stewii również wyląduje w moich trzewiach. W zasadzie to wszystko, co jest do zjedzenia w ten dzień powinno zmykać do lodówki i zamknąć się na trzy spusty, bo wpadnie w moje łapska. A potem następny przykry dzień detoksu:)
Czemu tak się dzieje? Dlaczego mimo wszelkich wysiłków nie mogę poskromić tej chęci jedzenia, mimo mojej pitty, mimo chłodnego rozumowego podejścia i co najgorsze świadomości, że będę musiała to odpracować fizycznie i emocjonalnie? WHY?
Wszystko przez te estrogeny w dużej ilości. Poziom seratoniny spada, a tym samym spada nasze zadowolenia, pogoda ducha i ciepły nastrój. Przygnębienie, taka fizyczna i psychiczna niemoc to zwykłe objawy spadku seratoniny - jak to rzeką, bez kija do baby nie podchodź! Przynajmniej do mnie:) Oj ciężko mnie znieść, naprawdę podziwiam męża i dzieci, że mi nie dają jakiś biletów do spa na te dni...
No i co kobieta robi? Ano sięga po cukier, węglowodany, glukozy nam trzeba. Kawał (ek) czekolady, słodkości  i od razu nam lepiej. A może jeszcze trochę? Oj co tam, nie szkodzi jutro to spalę.... Błędne koło - bo tego akurat nie spalę tak łatwo. Kobieta w ciągu tych kilku okropnych dni potrafi przybrać aż 2 kg z samego naddatku energii z pożywienia! Jednym słowem masakra. Zrzucenie tych 2 kg to kilka godzin biegu, zatem warto postawić sobie przed oczyma siebie biegnącą półmaraton co najmniej ze 2 razy i pomyśleć czy warto:)
Waga to jedno, gromadząca się woda w organizmie i poczucie dokuczliwej ciężkości to drugie. Nie chce nam się ruszać w te dni, nie oszukujmy się. Mi też ciężko się pracuje jako instruktorowi z wydęty brzuchem i nalanymi policzkami i najchętniej poczytałabym książkę zamiast się produkować na macie. To wszystko przekłada się na cholernie złe samopoczucie psychiczne i fizyczne każdego miesiąca. A przecież okres jest tak ludzką rzeczą, że nie powinien sprawiać jakiegokolwiek dyskomfortu!
Pisząc dla was w zdenerwowaniu ten post, zdążyłam od 22  do 23 52 zjeść 2 batoniki z ziarnami, kilka moich nachosów z cibory, 2 kawałki czekolady na stewii, paczkę sucharków z masłem migdałowym i o zgrozo dwie lampki wina - jakieś 1500 kcal ponad to, co powinnam dziś zjeść i na pewno nie o tej porze! W konsekwencji jutro nie będę jeść do obiadu i zapewne mimo ogromnej niechęci jak to w drugi dzień okresu, pójdę biegać, żeby to spalić. Bez sensu.
Zamiast jeść normalnie i regularnie. Zaspokajać wybuchy napadu wilczego głodu sałatą z sosem chilli albo ogórkami albo cukinią...albo nawet wiśniami. Wedle ajurwedy  10 wisni, spożywanych na tydzień przed planowanym czasem menstruacji na pusty żołądek pomoże zredukować syndromy zespołu napięcia przedmiesiączkowego, szczególnie te związane z energią wata (nadmierne łaknienie) i kapha (duża ilość płynów menstruacyjnych, bolesność, skurcze, retencja wody, biała wydzielina). 
Zamiast pójść spać - to druga opcja, możliwa, jeśli nie masz tak dużo pracy jak ja i tak małych dzieci, że możesz zrobić wszystko, co masz do zrobienia o normalnej porze. Wysypianie się to skarb. A szczególnie przesypianie okresowych napadów głodu.
Zamiast przytulić się do męża. Tak, to też jest rozwiązanie podnoszące poziom seratoniny. Można się po prostu przytulić i zapomnieć o tym, że ma się chęć na czekoladę. Niestety mój mąż zasnął dziś wcześniej niż dzieci...
Zamiast obejrzeć jakąś dobrą komedię. Tak, tym też możesz poprawić sobie nastrój bez sięgania po smakołyki. 
Zamiast spojrzeć W LUSTRO:) i pomyśleć: tyle do zrzucenia a tu jeszcze nowych kilogramów dodaję...
Zamiast sięgnąć po herbatkę z lukrecji, kopru włoskiego albo lampkę wytrawnego białego wina, które pomogą w walce z tymi zachciankami
Zamiast coś poćwiczyć, potańczyć, zabawić się, zapomnieć:)
Zamiast wziąć się w garść i powiedzieć stanowcze raczej nie temu całemu kuszeniu:)

Życzę Wam dotrzymania postanowienia poprawy przy następnym okresie. Ja po prostu pójdę spać i nie będę nic dla was w tym czasie pisać, a tym samym nie zjem kolejnych 1500 kcal bez sensownie. Chyba za dużo pracuję::):)

piątek, 18 maja 2018

gnidy i inne pchły to przy nich pryszcz - kleszcze w natarciu

Mieszkamy z rodziną prawie w lesie. Nie powiem, jest pięknie. Mamy wielki ogród, zarośnięty stary sad, miejsce do pobiegania po trawce i ogólnie dużo przestrzeni do pielęgnacji (sic!). Wszyscy znajomi nam zazdroszczą a ja stukam się w czoło wymieniając im minusy takiego położenia. Pierwszym z nich, bezpośrednio zagrażającym naszemu zdrowiu i życiu (oczywiście mieszkając przy ruchliwej trasie prawdopodobieństwo jest takie samo) są kleszcze, których jest u nas cała masa. Ci, którzy obserwują mojego bloga wiedzą, że mam dwójkę maluchów. Mój syn pierwszego kleszcza miał w wieku miesiąca a w sumie w ciągu życia (ma 5 lat) miał ich śmiało ponad 50. Może nawet więcej. Od początku kwietnia do końca października każdego dnia skrupulatnie przeszukujemy całe ciało z olbrzymią latarką. To już rytuał, odbywa się czasem dwa razy dziennie. Sprawdzamy wszędzie, szczególnie w pachwinach, na szyi, za uszami, we włosach, a i tak w większości znajdujemy na rękach, nogach, pod kolanami. Kleszcze swoje ofiary odnajdują po zapachu potu, temperaturze ciała, wydzielanych przez ciało substancjach. Lubią ciepło i wilgotno, dlatego też gnieżdżą się najczęściej w miejscach, w których to ciepło się z ciała wydobywa, ale nie jest to regułą. Czasem znajdowaliśmy kleszcza nawet na stopie. 
Sama miałam boleriozę. Nie leczyłam jej antybiotykami tylko prądami oraz czystkiem. Prąd w leczeniu boleriozy stosowałam bez mała 2 lata, ale na tyle skutecznie, że przeciwciała IGG z prawie 80 spadły poniżej 10. Nigdy nie zapomnę jak na drugim roku studiów nagle przestałam chodzić, ból kolan był tak silny, że nie mogłam postawić ani kroku. Trwało to ok. 2 tygodni, do momentu silnej i długotrwałej terapii prądem. Było tak traumatyczne przeżycie, że widząc teraz kleszcza wbitego w moje dzieci zamieram. Nie wspomnę już jak za każdym razem kiedy miałyśmy ja lub siostra kleszcza, moja mama kazała mi się kłaść na podłodze i dotykać brodą do klatki piersiowej sprawdzając czy nie mamy zapalenia opon mózgowych (moim rodzice są leśnikami i pracują w lasach do tej pory, więc mieszkaliśmy w leśniczówkach, stąd mnogość kleszczy). Teraz ja robię to samo, tylko już uświadomiona, dopiero za kilka dni (proces powstawania takiego zapalenia trwa nawet do 2 tygodni).
Co innego naczytać się o skutecznych metodach odstraszania kleszczy a co innego stosować je na co dzień w praktyce. Moje dzieci nie wypiją ani czystka ani piołunu. Ja też już od czystka na sam zapach miewam mdłości. Teoretycznie dawkę wit B1, której kleszcze nie lubią, w pożywieniu dostajemy odpowiednią. Codziennie pijemy z dziećmi soki wielowarzywne z dodatkiem czosnku - to chyba uważam za najskuteczniejszą metodę, gdyż do tej pory w tym roku odkąd wprowadziliśmy ten zwyczaj mieliśmy na razie po jednym kleszczu podczas gdy w ubiegłych latach o tej porze roku już po 10:) Nie psikamy się chemią, bo po pierwsze byśmy zwariowali psikając się za każdym razem wychodząc na dwór, a po drugie nie będę truć dzieci. Czasem smaruje je rozcieńczonym olejkiem lawendowym, ale już jak widzą, że zbliżam się z buteleczką Krzyś mówi, że woli nie śmierdzieć tylko obejrzeć się wieczorem. Więc proponuję olejek z rozmarynu, tymianku, drzewa herbacianego, mięty pieprzowej eukaliptusa... cokolwiek... nie da się namówić. Próbowałam już zakładać im na nogi obroże przeciwpchelne dla zwierząt - nie pomogło, bo i tak mamy dużo drzew i krzaków. 
W ajurwedzie, prócz olejków, nie znalazłam jak dotąd innego wsparcia. Pozostaje mi cotygodniowe "golenie" podwórka, tak, by trawa była jak najmniejsza i codzienna obserwacja dzieci, szczególnie ukąszonych miejsc, czy nie pojawia się rumień lub jakieś niepokojące zaczerwienienie.. 
Jeśli mieszkacie w mieście i myślicie, że was problem nie dotyczy, to przytoczę statystyki: najwięcej chorych na boleriozę to właśnie mieszkańcy dużych miast i dzieci! Dlaczego? bo nie kojarzą momentu ugryzienia, bo uważają, że kleszcza można złapać tylko w lesie, podczas, gdy jest ich mnóstwo na placach zabaw, w parkach, terenach zielonych, ogródkach działkowych i innych miejscach, gdzie mają zawsze pod dostatkiem świeżej krwi miejskich psów i mieszkańców parków (np. wiewiórek). Obserwujcie swoje dzieci - może nie tak, jak ja, dwa razy dziennie pod lupą, ale zwracajcie uwagę na każde większe zaczerwienienie, świąd, rozchodzące się kręgi - słowem wszystko, co może świadczyć, że w organizmie coś się dzieje. A kleszcze są teraz tak malutkie, że naprawdę widać je tylko wprawnym okiem lub pod lupą.

sobota, 24 marca 2018

niepłodność i brak możliwości poczęcia w kontekście ajurwedy

Problemy z zajściem w ciążę mogą mieć rożne przyczyny, od czysto fizycznych (np. zespół policystycznych jajników, endometrioza) po bardzo emocjonalne, np. przeżyte traumy, trudny partner, depresja. Zajmijmy się najpierw przyczynamy emocjonalnymi, często związanymi z doborem odpowiedniego partnera i udanym współżyciem. 
Według ajurwedy satysfakcjonujący seks jest jedną z podstaw zdrowego życia. Starożytne teksty głoszą, że współżycie płciowe jest dużo ważniejsze dla kobiet niż dla mężczyzn. Współczesna nauka odkryła, że faktycznie męskie feromony, które kobieta absorbuje podczas aktu, pomagają regulować jej płodność i zapewniają zdrowie całemu systemowi rozrodczemu. Regularne pożycie seksualne zapewnia kobiecie dobre samopoczucie. Niezadowalający seks może natomiast prowadzić do poważnych chorób. Kobieta ma prawo być niezadowolona, bowiem mężczyzna nie zaspokajając jej potrzeb, „wyciąga” z niej składniki odżywcze, nie dając nic w zamian. Nieadekwatne odżywienie wzmaga energię vata, powodując bolesne i nieregularne menstruacje. Frustracja kreuje gniew, który z kolei produkuje ostre vipaka, wytrącające z równowagi prawidłową produkcję krwi i działanie żeńskich organów płciowych. Problemy z menstruacją rozdrażniają kobiece nerwy. Kobiecie takiej jest trudno zajść w ciążę, a nawet jeśli się uda, jej wszystkie troski i niezadowolenie będą przenoszone na płód poprzez toksyny krążące w jej krwi.
Bywa, że kobieta, która bardzo chce mieć dziecko a nie ma ku temu odpowiednich możliwości (np. finansowych, brak poczucia bezpieczeństwa, poczucie panicznego strachu, lęki, obawy) mimo swojej fizycznej płodności podświadomie "zablokuje się na poczęcie". 
Strach i lęki przed poczęciem chorego dziecka są jedną z najważniejszych emocjonalnych blokad jakie umysł narzuca organizmowi. 
W przypadkach emocjonalnych podstaw braku poczęcia ogromną rolę odgrywa terapia mentalna oraz wspomaganie ziołami takimi jak sarca asoka, ashvagandha czy shatavari. Dostępne są w postaci sproszkowanej lub w postaci odżywczych dżemików specjalnie skomponowanych w calu odżywnia układu rozrodczego.

czwartek, 8 marca 2018

(nie)winne oczy

Byłam wczoraj u irydologa i zobaczył:) Generalnie chodzi o stan mojego palca, który wygląda jak mały czerwony sączący się wałeczek. Poniżej pokazałam ładniejszą jego stronę, tą brzydszą możecie sobie wyobrazić. Swędzi, pęka i sączy się z niego coś na kształt ropy. Jest piękny:) Mój mąż przed wyjściem powiedział mi, że na pewno pan każe się mniej stresować i jeść mięso. Jakże się NIE mylił:) 
To, że się mam mniej stresować to wiem. To, że jestem zabiegana, wplątuję się w możliwie jak najwięcej rzeczy i wszystkie chcę na siłę realizować wiem. To, że jestem uparta jak osioł wiem. Ale co ma do cholery niejedzenie mięsa do mojego palca!?
Ano według pana irydologa ma. Po części na pewno się z nim zgodzę, gdyż rzeczywiście mój układ trawienny jest, odkąd przeszłam na weganizm, szczątkiem prawidłowego układu trawiennego i doskonale o tym wiem. Wiem, że jedząc coraz prościej, coraz bardziej lekkostrawnie czuję się świetnie, ale gdy tylko zjem coś cięższego - patrz np. masło z nerkowców mój żołądek dwoi się i troi żeby to strawić. A jak już strawi bądź i nie do końca to od razu widzę następnego dnia efekty w postaci np. wyprysków na twarzy. Strach pomyśleć co by się stało gdybym poszła do normalnej restauracji i zjadła coś z pierwszego lepszego menu. Umarłabym od razu...
Nie pomaga to, że codziennie spożywam tonę ziółek, przypraw i soku z imbiru. Po prostu mój żołądek jest leniwy i oduczył się pracować. Nie, to ja go rozleniwiłam. Nie podając mu czegoś, co by go zmusiło do pracy - mięsa, tłuszczu zwierzęcego czy chociażby jajek nie wysila się, żeby produkować odpowiednie enzymy, które są w zaniku. I właśnie ta wizyta dobitnie mi to uświadomiła. Mój żołądek nie produkuje tyle kwasu ile powinien. Przez to nie spełnia swojej obronnej funkcji - nie dość, że nie jest w stanie prawidłowo strawić cięższych rzeczy niż góra warzywek to przede wszystkim nie stanowi odpowiedniego zabezpieczenia przed nalotem patogenów.  A właśnie takowe według tego pana najechały mój organizm. Jakiś pasożyt albo i bakteria albo jakieś inne ufo zrobiło mi wjazd na chatę w przebrzydłym stylu. I zwiedza sobie świat właśnie moim palcem:) 
W każdym razie ciekawą poradą, którą dostałam było, żeby wziąć się za siebie i zjeść trochę "szmalcu":) 
Wszystkie ziółka mam obcykane. Byłam na 3 dniowej głodówce i kilkudniowym poście. Mój palec nadal wygląda jak wygląda, a w dodatku mam wrażenie, że dołącza do niego kolejny. 
Tym razem może pan ma rację? 
W ramach eksperymentu zacznę jeść żółtka. To będzie mój jedyny "lek" jakiego użyję prócz standardowych imbirów, pieprzów, chilli i innych moich towarzyszy.
Może nie uzyskam od razu efektu zdrowego palca, ale zobaczę jak zareaguje mój żołądek na takie wyzwanie po latach. A o efektach tego przedsięwzięcia będę Wam pisać na bieżąco.
Terapeuta potrzebuje terapii - masz ci los....
Dochodzę do wniosku, że skupiam się na wszystkich dookoła i im staram się pomóc, a sama zagryzam marchewkę w przerwie między 4 a 5 godziną pilatesu pod rząd, wierząc, że nadal jestem tą samą silną i wytrzymałą dziewczyną z liceum. 
Cieszę się tylko, że ta pomoc rzeczywiście przynosi efekty, więc tym razem postaram się pomóc efektywnie sobie samej:)