wtorek, 27 listopada 2012

a żelazo z łyżeczki...:)

Wiedziałam, że to nastąpi. Te ich wszystkie krakania: jedz mięso, bo będziesz miała mało krwi; tylko czerwone mięso da ci żelazo; musisz to zrobić dla dziecka itd. Męczenia i torturowania. No i stało się: poziom hemoglobiny na poziomie niedopuszczalnym... Spadła z wartości dobrej w ciągu miesiąca na kompletne dno. I to nie kwestia podaży, bo przecież jem dużo "żelastwa"; podejrzewam, że sekret tkwi w przyswajalności. Oczywiście od razu uruchomiłam mądry internet - raz mądry raz nie za bardzo, ale potwierdził to, co wcześniej się naumiałam o soku z buraków i innych oczywistych rzeczach jak żółtka jaj, pietruszka, zielone warzywa no i to cholerne mięso. Potem sięgnęłam po nieco wyrafinowane źródła. I tak moje mądre księgi nie za dużo w zasadzie mówią o samej anemii - mówią jak powstaje, od czego zależy, jakie są jej typy, jak wygląda postępowanie u normalnych ludzi... a o ciężarnych dosłownie dwa słowa. W zasadzie nie ma konkretnej odpowiedzi jak ją leczyć, prócz tego, że oczywiście dietą bogatą w żelazo (a to ci nowość). Jedyne co nowego wprowadziły do mojej nędznej główki mądre ajurwedyjskie księgi to to, żeby przy zaburzeniach we wchłanianiu żelaza unikać spożywania produktów nadmiernie zwiększających pittę, czyli kwaśnych, zbyt ostrych i słonych. A ja tak wcinam kapustę kiszoną... Kolejny news - dużo łatwo przyswajalnego żelaza jest w cukrze palmowym (jaggary albo gur). Herbata z pokrzywy też daje radę. No i oczywiście dwa środki na wszystkie kobiece przypadłości, czyli chyawan prash (o tym już pisałam) i shatavari (o którym jedni piszą, że tak, inni, że nie, ale ja jem), które zawiera w sobie dużo żelaza. Wychodzi na to, że kobiety w Indiach miały zawsze pod dostatkiem żelaza, bo nie za bardzo zwraca się na nie uwagę:) Aha i jeszcze żelazo nie wchłania się, gdy podajemy je w obecności błonnika. To bardzo ważne stwierdzenie dla wegetarian, którzy wszystko łączą z kaszami, otrębami, warzywami itd, podobnie jak ja to czynię:)
No cóż pozostaje mi niestety suplementacja, duuuużo wyciskanych soków owocowych i trochę przyjrzeć się temu co z czym łączę:)

środa, 21 listopada 2012

Zachciankowo...

Wiecie zastanawiałam się dziś nad tymi ciążowymi zachciankami. To takie niby proste, że kobieta w ciąży może jeść wszystko, a zachcianki są, bo organizm czegoś się domaga...No ale gdzie jest granica tego, co organizm tak naprawdę chce i potrzebuje a co jest wymysłem naszych kubków smakowych? Miałam fazę na chipsy - normalnie takich rzeczy nawet nie tykam, a naszło mnie tak, że nie mogłam się powstrzymać. I nie mogłam sobie wmówić, że chipsy są mi w jakikolwiek sposób potrzebne... chyba, że do produkcji tłuszczu:) Innym znów razem naszło mnie na pizzę - tu było o tyle dobrze, że siostra zrobiła mi ją z mąki pełnoziarnistej i ze zdrowymi dodatkami. Co z tego jak zapomniałam, że mam uczulenie na drożdże i potem cały dzień zwijałam się z bólu brzucha:) Jeszcze innym razem musiałam zjeść bounty - po prostu aż oczami je wygryzałam:) A moja znajoma ciążówka w tym samym czasie zajadała się hamburgerami z budki koło Dworca Centralnego w Warszawie - znajoma, która od wieków cierpi z powodu swojej ortoreksji... Więc coś tu jest nie tak:) Innymi słowy co chce mi powiedzieć moje ciało domagając się tak abstrakcyjnych pokarmów albo połączeń pokarmów?? (co do połączeń to mój organizm i tak w ciąży czy nie bije mistrzostwo świata:) moja kuchnia jest sławna z dziwnych połączeń w wielu kombinacjach) Ajurweda wspomina o zachciankach i uważa je za dobre - no dobrze, ale w tamtych czasach, kiedy Czaraka spisywał swoje mądre księgi kobietom mogło się co najwyżej "zachciewać" jakiś owoców czy chutney, na pewno nie chipsów i innych badziewi. Jeśli zachcianki się nie spełni, jak uważa Czaraka, może dość do zaniedbania ahamkary (mojego "ja") i poczucia niespełnienia, braku satysfakcji, co w narastających przypadkach doprowadzić może do różnego rodzaju zaburzeń natury psychologicznej a czasem fizycznej. Inaczej mówiąc robię sobie wielką krzywdę jeśli nie spełnię mojej jedzeniowej zachcianki w tym okresie. Ale z drugiej strony robię sobie, i małemu Stworzeniu po trosze też, krzywdę jedząc niezdrowo. Co prawda raz-na-czas nic się nie stanie, organizm jakoś sobie z tym poradzi, może potruje się kilka dni, aż wszystko zostanie zneutralizowane, ale jeśli wziąć pod uwagę, że te zachcianki są częściej niż raz-na-jakiś-czas to robi się gorzej. Po za tym należy wziąć pod uwagę, że organizm kobiety w ciąży ma zupełnie inny metabolizm i zupełnie inaczej trawi niż normalny śmiertelnik. Wprost powiedziawszy trawi GORZEJ a nawet TRAGICZNIE - właśnie wtedy dochodzi do największej kumulacji ama i wszelkiego rodzaju toksyn w organizmie. Mechanizm jest prosty - chodzi o to, by cała treść pokarmowa przechodziła jak najwolniej przez jelita, by wyciągnąć z niej jak najwięcej składników odżywczych i przekazać je zarodkowi. Organizm dostaje już zużyte resztki z nadzieją, że jakoś sobie poradzi:) No więc nawet takie raz-na-czas powodują duże szkody w i tak już nie w pełni sprawnym układzie pokarmowym kobiety. I tu moje dywagacje kończą się bez żadnego wniosku - z jednej strony wiem jakie są szkodliwe, ale z drugiej strony ciężko je opanować. Rozum gdzieś wychodzi na spacer, łapy sięgają po to, co nie trzeba, a potem i tak sobie człowiek tłumaczy, że "najwidoczniej organizm tego potrzebował". No cóż, pozostaje mi tylko życzyć sobie i innym ciężarówkom duuużo silnej woli, która nigdy nie zawiodła mnie bardziej niż w tym szalonym okresie:):):)

piątek, 16 listopada 2012

prezentacja pofestiwalowa

http://www.sendspace.pl/file/9c5a09fa127efd88d125d58

Pod tym linkiem znajduje się prezentacja, której ze względów technicznych nie udało się pokazać na wykładzie festiwalowym.Zajrzyjcie jeśli macie ochotę:)

środa, 7 listopada 2012

zapraszam:)

 Bez zbędnego gadania:) http://www.goodfoodfest.pl
Podzielę się ułamkiem wiedzy ajurwedyjskiej:) Wykład z dyskusją w sobotę, 17 listopada o 11.
Program festiwalu  naprawdę wygląda suuuuuuper!!!

czwartek, 1 listopada 2012

Fasola jaś z jarmużem

Albo jarmuż z fasolą, bo to od niego wszystko się zaczęło:) Znajoma dietetyczka poleciła mi jarmuż na uzupełnienie żelaza. Oczywiście wcześniej nigdy jarmużu nie jadłam; ba, w zasadzie mało się też o nim słyszy.   Podeszłam optymistycznie do tematu, ale gdzie to znaleźć właściwie?? Pewnie w jakimś większym mieście albo jakimś supermarkecie można by spróbować zapytać i tak nic nie wiedzące panie przechadzające się po hali. W każdym razie mój problem rozwiązał się sam, bo jarmuż dostałam po prostu w prezencie:) Przy okazji dowiedziałam się, że można go dostać w makro, więc pewnie czeka mnie tam wycieczka, bo jarmuż okazał się naprawdę dobry. Dostałam te zielone i liście i co teraz z nimi zrobić? Jako że dziś byłam sama w domu i miałam całą kuchnię do dyspozycji, mnóstwo czasu, więc postanowiłam poeksperymentować:) Nie patrzyłam na internetowe przepisy - chciałam wymyślić coś swojego. Skosztowałam tego zielonego i pomyślałam, że na pewno dobrze będzie smakował z czosnkiem. Mój wzrok padł na fasolę i brokuła. Ahaś, mam to. Ugotowałam fasolę z kminem - najpierw gotując ją po raz pierwszy, potem odlałam wodę i po raz drugi dodałam soli, kminu i szczyptę asafetydy. Fasolę gotujemy bez przykrycia. Jak fasola była już miękkawa w osobnym garnku sparzyłam malutkie różyczki brokuła, a potem zblanszowałam zmiksowany jarmuż z koperkiem i czosnkiem (proporcje jak zwykle na oko, ale mniej więcej 7 różyczek brokuła na 3 garście posiekanego jarmuża, garść koperku i 2 ząbki czosnku). Wrzuciłam zielone do miski, dodałam ciepłą fasolę, popieprzyłam i co teraz?? Pasował mi tam jeszcze pomidor, ale w zasadzie trzeba było to czymś związać. Pomysły padały różna: majonez, sos majonezowo-żurawinowy, sos pomidorowy, musztarda... wszystko mi jakoś pasowało, ale ostatecznie skończyło się na sosie majonezowo-musztardowym z odrobiną soku pomidorowego i szczyptą majeranku... i zjadłam takie ciepłe i było naprawdę bardzo dobre. Zobaczymy później czy przyniesie za sobą jakieś efekty niepożądane:) W każdym razie z odpowiednią dawką kminu i majeranku nie powinno być głośno:) A jarmuż wygląda tak: