poniedziałek, 9 grudnia 2013

Życie z alergią, czyli jak zrobisz szarlotkę bez jabłek:):):)

Przez cały czas wewnętrznej walki, by nie sięgnąć po coś "zakazanego", czyli uczulającego myślałam tylko o tym, kiedy przejdę z Młodym na pokarmy stałe i będę mogła sobie trochę ulżyć w tej ścisłej bądź co bądź diecie. Jakże bardzo się myliłam... Wprowadzanie produktów stałych do diety Malucha z alergią jest koszmarem - dla mnie i dla niego:) A może nawet więcej dla mnie:) Po pierwsze dlatego, że sama nigdy nie miałam alergii - po za jednym wyjątkiem: trochę kiepsko czuje się po drożdżach i ktoś mądry stwierdził, że to na pewno jest uczulenie i od tej pory już nic, co na drożdżach nie jadam; po drugie dlatego, że nie wiem czy jak Młody zrobi nie taką kupę jak powinien to jest kwestia uczulenia czy po prostu coś mu nie podeszło; po trzecie nie wiem jak radzić sobie z tym, że wysypka może się pojawiać nawet w tydzień po spożyciu jakiegoś pokarmu uczulającego... przecież nie będę prowadzić zeszyciku, w którym będę zapisywać ile łyżek cukru dodałam do siemienia i czy kaszę jaglaną zjadłam z kardamonem czy cynamonem... okazało się, że hipotetycznie wszystko może uczulać. Nawet kasza jaglana, wydawałoby się najzdrowszy produkt na świecie...nie mam czasu ani ochoty i nie jestem na tyle aptecznie skrupulatna, żeby zapisywać wszystko po co sięgam, ale ogarnięcie tego głową jest niemożliwe. Z każdym dniem pogłębiającej się wysypki biorę pod uwagę coraz to nowe produkty i wierzcie mi, że można oszaleć. Zrobiłam kilka dni tylko na ryżu i kaszy jaglanej, ale jedyne co tym osiągnęłam to to, że Mały płakał z głodu, bo moje mleko nie było zbyt odżywcze:) i było go mało, więc takie eksperymenty odkładam do lamusa. Próbowałam eliminować "podejrzane" produkty na jakiś tydzień czy dwa - nie trafiłam widocznie, bo nic to nie zmieniło. Przeleciałam przez wszystkie proszki do prania, płyny i inne gadżety, też bez zmian... Założę się, że to jest taka rzecz, której by nikt się nie spodziewał:) Szukając dalej musiałam modyfikować dostępne przepisy na takie, które mi podejdą. Generalnie kierowałam się zasadą, że jeżeli się da coś wymienić na to, co jest nieuczulające to należy to zrobić. Jeśli się nie da czymś wymienić, to należy zastąpić czymś podobnym lub o podobnych właściwościach. Czasem się udawało a czasem nie:) Przykładem może być szarlotka: otóż zachciało mi się szarlotki, zapomniałam tylko, że Młody nie może jest jabłek (ani ja tym samym) bo są w fazie testu.  Zrobiłam ciasto na spód - zamieniłam mąkę pszenną na ryżową, zamiast jajek całych dałam tylko żółtka (teraz daję już przepiórcze), ze śmietany w ogóle zrezygnowałam, zamiast cukru dałam syropu daktylowego a zamiast masła ghee - olej kokosowy. Wyszło super, więc uradowana zagniatam to ciasto i zabieram się za robienie nadzienia jabłkowego.... cholera... (i inne, szerzej określające mój ówczesny stan przekleństwa). Nie zamienię jabłek z szarlotki na nic innego!!!! dałam w końcu banana rozmiksowanego z jagodami i zagęściłam mąką ziemniaczaną. Ostatecznie złe nie wyszło, ale szczyt podniebnych doznań to też nie był... Życzę wszystkim, którzy borykają się z podobnymi wątpliwymi przyjemnościami dużo cierpliwości, poczucia humoru i wymyślnych kulinarnych doznań:):) Na szczęście w nieszczęściu tego mi nie brakuje...

niedziela, 24 listopada 2013

Trochę z innej paczki...

trochę ze Szlachetnej Paczki:) Pragnę wszystkich, którzy jeszcze nie mieli styczności z tą inicjatywą zachęcić do pomocy potrzebującym. To wcale nie jest taki wielki wysiłek jeśli ma się wsparcie ze strony rodziny i przyjaciół. W tym roku nie mogę się zdecydować na rodzinę, dla której zrobimy paczkę. Siedziałam wczoraj cały wieczór nad wyborem rodziny i powiem Wam szczerze, że nie mogłam uwierzyć własnym oczom w to, co czytam... Myślałam sobie Boże czy naprawdę musisz tak ludzi doświadczać? To, co ci ludzie przeżywają, jakie tragedie, nie mieści mi się w głowie. Chciałabym pomóc im wszystkim i to długofalowo, ale tak się niestety nie da, nie wygrałam jeszcze w totolotka:) Wybór był naprawdę trudny - w końcu przeważyło to, że mamy dużo ubranek i gadżetów po Juniorze i zdecydowałam się na 2 rodziny (wstępnie) które spodziewają się w najbliższym czasie Malucha (swoją drogą wiedząc, że mam już 5 dzieci na utrzymaniu i nie pracuję robiłabym wszystko chyba co się da, żeby nie zajść w kolejną ciąże.....) Może uda nam się zorganizować paczki dla obydwu - byłoby wspaniale!
Jeśli tylko macie taką możliwość - zbierzcie się w kilka osób i spróbujcie dać z siebie trochę:)
Jeśli nie ma Wam kto pomóc w zrobieniu paczki, a chcecie wziąć udział w tej edycji szlachetnej, możecie wesprzeć mnie i moich przyjaciół:)

środa, 6 listopada 2013

Ważne informcje dla osób wybierających się na oczyszczanie ajurwedyjskie do Indii - koniecznie proszę przeczytać te długie wypociny!

Tytuł mojej pracy magisterskiej brzmiał: "Ajurweda  -  tradycyjna  teoria  a  współczesna  praktyka  - porównanie  na  przykładzie  terapii  panchakarma w indyjskich i polskich ośrodkach ajurwedy". Temat zbadałam conajmniej DOGŁĘBNIE i mogę śmiało uznać się za specjalistę w dziedzinie panchakarmy, przynajmniej jeśli chodzi o teorię:) Moje dwukrotne pobyty badawcze w Indiach pozwoliły mi na wysnucie poniższych wniosków. Uprzejmie proszę o przeczytanie fragmentów mojej pracy mgr przez osoby wybierające się na jakiekolwiek praktyki ajurwedyjskie w Indiach:) Zawsze dodatkowo służę pomocą!

1.  Teoria a praktyka panchakarmy.
Opis  różnych  terapii  oczyszczających  zajmuje  poczesne  miejsce  w  literaturze 
ajurwedyjskiej,  zarówno  tej  najstarszej  (dzieło  Charaki),  jak  i  nowszych  pracach. 
Wiadomości te często różnią się w szczegółach, a zdarza się nawet, że wykluczają się 
wzajemnie.  Mimo  to,  można  uzyskać  pewien  schematyczny  model,  który  opisany 
został w rozdziale poprzednim.  W schemacie tym nie podaje się zabiegu  shirodhary
jako wstępnego do każdej terapii.  Shirodhara polega na polewaniu rejonu „trzeciego 
oka” (punktu między brwiami) ciepłym, leczniczym olejem. Pozwala  to  na przeżycie 
niezwykle głębokiego relaksu, osiągnięcie wewnętrznego  spokoju, harmonii i dystansu
w celu mobilizacji organizmu do samoregulacji.  Shirodhara jest zabiegiem wstępnym 
w  terapii  shodana,  pozwala  na  jej  płynne  i  efektywne  przeprowadzenie;  kończy 
również oczyszczanie wyciszając umysł i uspokajając wzburzoną terapią energię vata. 
Często stosuje się shirodharę również pomiędzy kuracjami, pozwalając organizmowi 
pacjenta na chwilę wytchnienia i krótką regenerację. 
Jako pięć  podstawowych zabiegów, składających się na terapię  panchakarma,
podaje  się  w  teoretycznym  schemacie  oczyszczanie  błon  śluzowych  nosa,  kurację 
wymiotną, przeczyszczenie, lewatywę i upust krwi. W praktyce nie wykonuje się już 
(lub  bardzo  rzadko)  ostatniego  punktu  terapii  –  rakta  moksha.  Upuszczanie  krwi 
praktykowane  jest  wyłącznie  w  ciężkich  przypadkach  chorób  krwi  w  klinikach 
ajurwedyjskich o statusie szpitala, w których pacjent poddawany jest tej operacji pod 
okiem grupy lekarzy ajurwedyjskich. Odstąpienie od kuracji rakta  moksha  uzasadnia 
się  zbyt  dużym  niebezpieczeństwem  dla  obydwu  stron  (choroby  przenoszone  wraz 
z krwią), koniecznością wysokiej sterylizacji narzędzi i niską tolerancją pacjentów na 
ból.  Upust  krwi  zastąpiony  został  lewatywą  olejową,  która  w  literaturze  przedmiotu 
występuje jako jeden z rodzajów lewatyw, a nie jako osobna kuracja. Obecnie schemat 
wygląda  zatem  następująco:  shirodhara,  oczyszczanie  nosa  i  zatok,  wymioty, 
przeczyszczenie  oraz  dwa  rodzaje  lewatyw,  ale  zaznaczyć  należy,  że  dobór  kuracji 
zależy od stanu i problemów pacjenta. 
Ze  względów  higienicznych  oraz  na  skutek  wielokrotnych  odmów  ze  strony 
pacjentów,  w  zabiegu  nasja  nie  wykonuje  się  już  masażu  małym  palcem 
wewnętrznych ścianek nosa za pomocą ziół i masła ghee. Procedura ta towarzyszyła 
wdychaniu  ziołowych  oparów  i  miała  na  celu  pobudzenie  rzęsek  w  obrębie 
wewnętrznych  ścianek  nosa  do  usunięcia  toksyn  w  nim  zgromadzonych.  Obecnie 
palec lekarza zastępuje się specjalnym przyrządem – grubą rurką o okrągłej końcówce, 
na której umieszczony jest wacik nasączony roztopionym masłem z ziołami. Przyrząd 
ten pozwala wniknąć głębiej w nozdrza, nie sprawiając przy tym bólu oraz umożliwia 
szybką ewakuację w momencie wypływu śluzu. Cały zabieg oczyszczania nosa i zatok 
skrócony  został  do  jednokrotnego  wlewu  ziołowego,  chyba,  że  kondycja  pacjenta 
i jego schorzenie wymagają głębszego oczyszczenia. 
Jeśli  chodzi  o  kolejną  z  kuracji,  lecznicze  wymioty,  to  różne  zabiegi 
poprzedzające,  opisane  szczegółowo,  różnią  się  w  literaturze  od  tych,  które 
przeprowadzane  są  w  klinikach.  Uzyskane  informacje  pozwoliły  zarysować  nowy 
schemat  przebiegu  tej  kuracji.  Shirodhara,  przeprowadzana  w  dzień  rozpoczynający 
panchakarmę,  pozwala  skoncentrować  się  na  własnych  możliwościach  leczniczych 
pacjenta,  wyciszyć  umysł  i  pozbyć  się  paraliżującego  lęku  przed  zabiegiem. 
Wieczorem  pacjent  proszony  jest  o  spożycie  obfitego  posiłku,  składającego  się 
z  ciężkich  węglowodanowych  produktów  (jak  makaron  czy  kluski)  połączonych 
z  dużą  ilością  tłustych,  białkowych  składników  –  idealnym  daniem,  które  polecają 
w tym celu sami ajurwedyjscy lekarze, jest spaghetti czy pizza. Przed rozpoczęciem 
samej procedury oczyszczającej, pacjent poddawany jest masażom olejowym i kuracji 
napotnej  (lub  rzadziej  gorącej  kąpieli)  –  ma  to  na  celu  pobudzenie  organizmu  do 
wydalania toksyn. Od razu podawany jest mu ziołowy wywar w ilości 2 do 3 litrów. 
Po  wypiciu  powinny  wystąpić  wymioty,  w  których  przerwach  pacjent  pije  wodę 
z  solą.  Po  skończonym  zabiegu  pacjent  poddawany  jest  krótkiemu  łagodnemu 
masażowi, który pozwala na wyciszenie. 
W kolejnym z zabiegów, virechana, pacjent otrzymuje zestaw ziołowych leków 
przeczyszczających.  Są  to  bardzo  silnie  działające  substancje,  których  efekt 
przeczyszczający może wystąpić już po kilkunastu minutach od spożycia  w zależności 
od  zdolności  trawiennych  pacjenta.  W  literaturze  opisywane  są  także  słabe  zioła, 
których  działanie  wymaga  dłuższego  okresu  czasu  –  obecnie  żaden  lekarz  ajurwedy 
w  przeprowadzanej  terapii,  paradoksalnie,  nie  może  pozwolić  sobie  na  utratę 
kilkunastu  do  kilkudziesięciu  godzin  bez  widocznego  efektu.  Spowodowane  jest  to 
dostosowaniem  do  wymogów  pacjenta,  który  oczekuje  natychmiastowych  skutków 
podejmowanych względem niego działań. Stąd też podawane leki są coraz silniejsze, 
co  skraca  równocześnie  czas  trwania  całej  terapii,  co  oczywiście  wpływa  na  jakość 
przeprowadzanego  oczyszczania.  Wielu  pacjentów  wychodzi  jednak  z  założenia,  że 
lepiej poświęcić jeden lub dwa dni cierpienia, ale z widocznym rezultatem niż kilka 
dni  łagodnego  przeczyszczania  jelita.  W  traktatach  ajurwedyjskich  zaleca  się,  aby 
pacjent nie spożywał pokarmów do końca kuracji przeczyszczającej, czyli przez około 
12  godzin.  Tymczasem  w  praktyce  nie  tylko  nie  zabrania,  ale  wręcz  zaleca  się 
spożycie zup warzywnych i innych płynnych  pokarmów, w celu niejako wypłukania 
z organizmu silnego środka przeczyszczającego. 
Obecnie  w  terapii  panchakarma  istnieje  wyraźny  podział  basti  na  lewatywy 
olejowe  i  czyszczące.  Lewatywy  tzw.  olejowe  są  wykonywane  jako  pierwsze  –  ich 
celem  jest  nawilżenie  jelita  grubego  i  zmiękczenie   złogów  przyklejonych  do  jego 
ścianek. Wlew ten pacjent powinien utrzymać minimum około godziny, podczas gdy 
traktaty  ajurwedyjskie  określają  ten  czas  od  2  do  8  a  nawet  9  godzin. 
W  rzeczywistości,  według  opinii  lekarzy,  ścianki  jelit  i  zwieracze  pacjentów  są  dziś 
zbyt  słabe,  by  wytrzymały  napór  wlewu  przez  tak  długi  okres  czasu.  Skraca  się 
również  czas  wlewu  czyszczącego  -  wykonuje  się  go  każdej  porze  dnia  (należy 
zachować kilkugodzinny odstęp po spożyciu posiłku) skupiając uwagę na konkretnym 
narządzie. W zależności od kondycji narządów, wlewy mogą być powtarzane kilka do 
kilkunastu  dni  –  jest  to  bowiem  najważniejszy  element  panchakarmy,  a  prawidłowo 
wykonany  skutkuje  pełnym  oczyszczeniem.  W  przeciwnym  razie  toksyny,  które 
zostały  nagromadzone  od  początku  terapii  w  jelicie  grubym  zostaną  z  powrotem 
wchłonięte do tkanek organizmu. Wlew ten pacjent powinien, według pism ajurwedy, 
trzymać do 45 minut, w rzeczywistości napór jest tak silny, że pacjenci w ytrzymują od 
5 do 10, a sporadycznie 20 minut. Zabieg basti powinien zakończyć wlew budujący 
i  odżywczy  –  w  klinikach  jest  to  praktykowane  tylko  po  wielu  lewatywach 
czyszczących; w innych przypadkach pacjent pozostawiany jest sam sobie z dalszymi 
zaleceniami dotyczącymi diety i metod odbudowywania, zniszczonej ziołami o silnym 
działaniu, flory bakteryjnej w obrębie jelit.  
Obecnie wśród lekarzy  ajurwedyjskich istnieje tendencja do „uatrakcyjniania” 
terapii poprzez różnorodne praktyki związane z  panchakarmą, ale nie figurujące w jej 
klasycznych opisach. Przykładem takich działań mogą być terapie kolorem, światłem 
czy  dźwiękiem,  które  funkcjonują  jako  odrębne  w  indyjskiej  literaturze.  Terapia 
kolorem  polega  na  dopasowywaniu  do  konstytucji  pacjenta  koloru  ubrań  terapeuty, 
wnętrza  pomieszczenia,  używanych  podczas  kuracji  przedmiotów  czy  wreszcie 
nakrycia  łóżka  do  masażu  i  dekoracji.  Kolory  mają  w  ajurwedzie  ściśle  określone 
znaczenie i oczywiście wpływają na samopoczucie czy stan emocjonalny pacjenta, ale 
terapia  ta  wymaga  osobnego  przygotowania  samego  pacjenta,  udziału  jego 
świadomości  i  dłuższego  okresu  czasu.  Oprócz  kolorów,  do  potrzeb  pacjenta 
dostosowywane  są  świece  o  odpowiedniej  długości  i  intensywności  płomienia  –  im 
jaśniejszy, dłuższy i większy, tym pacjent jest bliżej końca oczyszczenia. Zabieg ten 
ma  symbolizować  agni,  który  uwalniając  się  od  kryjących  go  złogów,  na  nowo 
wybucha żywym, silnym  płomieniem. Niezwykle istotna  jest,  według prowadzących 
kliniki,  rola  muzyki  i  dźwięków  w  ogóle  w  procesie  oczyszczania.  W  samych 
ośrodkach  panuje  bezwzględna  cisza,  terapeuci  zmuszeni  są  wręcz  do  szeptania 
między  sobą.  Natomiast  po  wejściu  do  pomieszczenia,  gdzie  odbywa  się  terapia, 
pacjent  wchodzi  w  świat  różnych  dźwięków,  z  których  każdy  dobrany  jest 
odpowiednio  do  konkretnego  działania.  I  tak  na  przykład  podczas  terapii  usuwania 
emocji  będą  to  melodie  melancholijne,  smutne,  doprowadzające  do  łez;  podczas 
vamana dźwięki szarpiące, przerywane, intensywne; podczas basti natomiast spokojne, 
relaksujące  i  rozluźniające. Jest to swego rodzaju zagranie psychologiczne, mające na 
celu  wywołanie  określonego  efektu:  w  pierwszym  przypadku  będzie  to  płacz, 
pozwalający usunąć skumulowane emocje, podczas vamany  –  stymulacja wymiotów, 
a  w  przypadku  lewatyw  rozluźnienie  napiętych  mięśni  brzucha  i  całego  ciała  oraz 
odwrócenie uwagi od nieprzyjemnego ucisku w obrębie okrężnicy. Pacjenci odbierają 
bardzo  przychylnie  przytoczone  działania;  czują,  że  uwaga  lekarzy  i  terapeutów 
zwrócona jest właśnie na nich.
Innym  z  pomysłów  współczesnych  praktyków  ajurwedy  na  umilenie  czasu 
oczyszczenia są kolorowe plakaty  z różnymi hasłami  odnoszącymi się do zabiegów, 
Przeważnie używana się płyt CD z nagraną muzyką, czasem terapeuta sam gra na jakimś instrumencie. 
rysowane przez dzieci. Plakaty te głoszą między innymi: „Happy diarrhoea Day!” lub 
„Clean  enema  Day  for  Your  colon!”  i  zdaniem  autorki  pracy  mają  czysto 
psychologiczne znaczenie. Jeżeli dzieci nie boją się takich wyzwań jak  panchakarma, 
to  dorosły  pacjent  tym  bardziej  nie  powinien.  Co  więcej,  pacjenci  zachęcani  są,  by 
sami  tworzyli  plakaty  i  rysunki  o  podobnej  treści,  niejako  uzewnętrzniając  swoje 
przeżycia związane z przebiegiem danej kuracji. Podobny cel ma także księga wpisów 
znajdująca  się  w  recepcji  każdego  z  ośrodków.  W  księdze  tej  pacjenci  mogą  złożyć 
wyrazy  uznania  i  podzielić  się  swoimi  doświadczeniami.  Księga  ta  jest  cytowana 
nowym  pacjentom  lub  tym,  którzy  mają  jakieś  obawy  dotyczące  konkretnych 
zabiegów.  Wszystko  to  wskazuje,  zdaniem  autorki,  na  coraz  bardziej  komercyjne 
działanie owych ośrodków.
W  klasycznych  księgach  ajurwedyjskich  nie  ma  wyróżnionego  podziału  na 
style  leczenia,  jednak  z  biegiem  czasu  w  obrębie  ajurwedy  wykształciło  się  kilka 
różnych koncepcji medycznych. Jednym z najlepiej widocznych jest podział ajurwedy 
na styl północny  i  południowy.  Północny model charakteryzuje się przede wszystkim 
naciskiem  na  pracę  z  punktami  marma  na  poziomie  nie  tyle  fizycznym,  co 
emocjonalnym.  Innymi  słowy  terapia  fizyczna  (nasja,  vamana,  virechana,  basti)  nie 
może odbyć się bez poprzedzającej ją kilkudniowej pracy z emocjami pacjenta. Praca 
ta odbywa się poprzez głębokie uciskanie punktów marma połączonych z konkretnymi 
narządami i  skorelowanych z nimi  emocji.  Przykładowo  ktoś, kto  kumuluje  w sobie 
dużo złości i gniewu, będzie cierpiał na zaburzenia wątroby, które na planie fizycznym 
odpowiadają  tym  właśnie  emocjom.  Praktyk  naciskając  na  punkty  marma  połączone 
z  wątrobą  uwalnia  „gniewną”  energię,  która  się  w  niej  skumulowała.  Dłuższa  praca 
z  marmą  na  poziomie  emocjonalnym  i  fizycznym  jest  wstępem  do  kuracji  stricte 
oczyszczającej  narządy  wewnętrzne;  co  więcej  wielu  praktyków  uważa  pracę 
z punktami witalnymi jako podstawę, bez której dalsze leczenie w ogóle nie ma sensu. 
Dlatego na odbycie pełnej  panchakarmy  pacjent potrzebuje minimum 11 dni, spośród 
których  połowa  przeznaczona  jest  na  działania  na  punktach  witalnych.  Skrócenie 
terapii wiąże się z rezygnacją z jakiegoś elementu terapii fizycznych, nigdy zaś terapii 
Nazwy styli są umowne, nie znajdują one odzwierciedlenia w literaturze przedmiotu. Koncepcja podziału 
została intuicyjnie stworzona przez autorkę, ale potwierdzona przez wykłady współczesnych aut orytetów 
w dziedzinie ajurwedy oraz przeprowadzonymi badaniami. 
marmy.  Co  więcej,  w  stylu  tym  niezmiernie  istotna  jest  praktyka  duchowa 
i  medytacyjna  podczas  odbywanej  terapii.  Lekarze  często  przypominają  o  tym,  że 
oczyszczenie powinno mieć wymiar nie tylko czysto fizyczny ale również duchowy; 
zwracają także uwagę na pracę z ciałem i świadomością podczas panchakarmy. Często 
przy  ośrodkach  znajdują  się  współpracujące  z  nimi  szkoły  jogi,  medytacji  i  szeroko 
pojęte centra pracy z ciałem i umysłem. 
Na południu, przede wszystkim w Kerali, nie ma obowiązku pracy z punktami 
marma,  szczególnie  na  planie  emocjonalnym.  Masaż  marmiczny,  wykonywany  jako 
rutynowy zabieg podczas  panchakarmy, ma na celu  odblokowanie przepływu energii, 
która nie jest określana jako  ta emocjonalna czy fizyczna. Jest  to  po prostu energia, 
obojętnie jakiego pochodzenia. W stylu tym ważniejsze od pracy z punktami marma są 
terapie  fizyczne,  z  których  znaczna  część  wypełnia  czas  oczyszczania.  Na  prośbę 
pacjenta istnieje możliwość całkowitego wyeliminowania masażu marma, podczas gdy 
na  północy  jest  to  rzecz  niedopuszczalna.  Należy  zaznaczyć  tutaj,  że  masaż  marma 
wiąże  się  z  obfitością  niezwykle  bolesnych  i  nieprzyjemnych  doznań,  zarówno 
fizycznych jak i związanych z wybuchem emocji. Zdaniem autorki, styl południowy 
odchodzi od terapii marma z powodu coraz większej liczby pacjentów komercyjnych, 
nastawionych nie na leczenie, a leczniczy odpoczynek. Lekarze nie naciskają na udział 
swoich pacjentów w praktykach duchowych i innych tego rodzaju  –  pozostawiają to 
sumieniu  każdego  z  nich  skupiając  się  na  fizycznym  wymiarze  swojej  pracy 
z pacjentem. 
W  miejscu  prowadzenia  badań  istnieją  ośrodki  reprezentujące  oba  modele 
terapeutyczne.

2.  Terapia panchakarmy w ośrodkach indyjskich
Mimo  rozbieżności,  jakie  panują  w  obrębie  ajurwedy,  można  pokusić  się 
o  stworzenie  uogólnionego  modelu  terapii  prowadzonej  przez  ośrodki.  Wraz 
z  podziałem  na  styl  północny  i  południowy,  wyróżniono  także  dwa  modele  pracy 
ośrodków  ajurwedyjskich,  które  autorka  na  potrzeby  pracy  nazwała  modelem 
terapeutycznym  i  wypoczynkowym.  W  niniejszej  części  zostaną  one  szczegółowo 
omówione  i  porównane.  Należy  zaznaczyć,  że  zdecydowana  większość  badanych 
ośrodków prowadziła działalność pod kątem terapeutycznym – związane jest to przede 
wszystkim  z  położeniem  geograficznym  miejscowości  (Himalaje  –  region  północny 
Indii). 
Badania przeprowadzono w trzech ośrodkach: Shivani Clinic, Asho Institute oraz 
Siby’s  Ayurveda  Center.  Podobnej  wielkości  ośrodki,  położone  są  w  niedalekiej 
odległości  od  siebie,  u  podnóża  Himalajów,  w  naturalnym  środowisku,  które 
pretenduje do tego,  by nazywać je czystym i nieskażonym. Ośrodki szczycą się tym 
i jako serce reklamy umieszczają właśnie informację o swym umiejscowieniu w tym 
regionie,  co  oprócz  walorów  przyrodniczych  ma  również  ogromne  znaczenie  dla 
samego  przebiegu  panchakarmy.  Na  jakość  oczyszczania  wpływa  bowiem  ilość 
pochłanianych  zanieczyszczeń,  hałas,  interakcje  społeczne,  stopień  nasłonecznienia 
i promieniowania i tym podobne. Ośrodki te dostępne są teoretycznie przez cały rok, 
ale w praktyce zimą, kiedy dojazd jest tu utrudniony, a warunki życia bardzo ciężkie, 
turystów  i  chcących  poddać  się  terapii  nie  ma  w  ogóle.  Na  tę  porę  roku  większość 
kierowników  ośrodków  decyduje  się  zamknąć  swoją  działalność  i  wyjechać 
(zazwyczaj  do  krajów  Europy  Zachodniej)  lub  przenieść  ją  w  inne  regiony  (np.  na 
południe  Indii).  Największy  napływ  pacjentów  ośrodki  notują  na  wiosnę  (końcówka 
marca,  kwiecień,  maj),  kiedy  to  panuje  sezon  turystyczny.  Związane  jest  to  przede 
wszystkim  z  utrzymującą  się  w  tej  porze  roku  słoneczną  pogodą,  która  warunkuje 
piękno przyrody i dostępność sezonowych produktów żywnościowych. W tym czasie 
ośrodki przeżywają prawdziwe oblężenie  –  w zależności od ilości pomieszczeń mogą 
przyjąć dziennie od 12 do 20 osób, przy czym mniejsza liczba charakteryzuje model 
terapeutyczny.  Tu  też  występuje  większa  liczba  zorganizowanych  grup,  które 
przyjeżdżają na leczenie. Co ciekawe, większość osób przybywających na terapię jest 
już  wcześniej  umówionych.  Ma  to  związek  z  wizytami  lekarzy  ajurwedyjskich 
w  krajach  potencjalnej  klienteli.  Zapobiega  to  nadmiernemu  chaosowi  i  pozwala 
rozplanować działania. Bardzo często pacjenci, którzy nie zostali wcześniej umówieni 
(zazwyczaj  odbywa  się  to  pocztą  elektroniczną  lub  przez  telefon)  trafiają  do  danej 
kliniki  z  polecenia  lub  po  towarzyskiej  rozmowie  z  kimś,  kto  właśnie  w  tej  chwili 
bierze  udział  w  terapii.  Innymi  kryteriami  wyboru  ośrodka  są:  cena,  jakość  usług, 
bliskość  od  miejsca  zakwaterowania,  możliwość  zakwaterowania  czy  otrzymana 
diagnoza.  Pod  względem  wyglądu  i  standardu  ośrodki  nie  różnią  się  znacząco  od 
siebie; do momentu diagnozy nie jest też wiadomo jaki styl reprezentują. Jeśli chodzi 
o cenę, to jest ona ujednolicona dla wszystkich klinik (1800 rupii/dzień, ok. 110 zł), 
ale  w  jej  skład  wchodzą  różne  elementy.  Przeważnie  cena  obejmuje  leki,  zwłaszcza 
w  modelu  terapeutycznym,  jednak  każdy  ośrodek  na  swój  sposób  chce  przyciągnąć 
pacjentów oferując różnorodne usługi zawarte w cenie: w jednym jest to wyżywienie, 
w innym konsultacja, a Siby’s Center, reprezentujący model wypoczynkowy, oferuje 
zakwaterowanie  na  czas  terapii.  O  ile  zakwaterowanie  nie  jest  nadzwyczaj  istotną 
kwestią  podczas  panchakarmy,  o  tyle  spożywane  pokarmy  mają  bardzo  duże 
znaczenie  dla  jej  przebiegu.  Z  obserwacji  autorki  wynika,  że  dużo  większym 
powodzeniem  wśród  leczących  się  cieszył  się  ośrodek  Asho  z  pożywieniem 
ajurwedyjskim  wliczonym w cenę.  Wynika  to z braku wiedzy na  temat właściwości 
pokarmów  i  ich  wpływu  na  odbywaną  terapię.  Innymi  słowy  pacjent  nie  wie,  jak 
sztywno  ma  trzymać  się  wyznaczonych  przez  lekarza  reguł  i  co  powinien  jeść,  by 
sobie  pomóc  a  czego  nie  powinien,  by  sobie  nie  zaszkodzić.  Nawet  mimo 
sprecyzowanych  zaleceń  dietetycznych  zawsze  pojawią  się  wątpliwości,  których 
pacjent unika poddając się żywieniu specjalistów. 
Obecnie  pacjenci  nie  muszą  obawiać  się  również  o  standardy  czystości 
i sterylizację narzędzi używanych podczas terapii. Istnieje stereotypowe przekonanie, 
że Indie są brudne i pełne niebezpiecznych chorób, tymczasem ośrodki ajurwedy pod 
względem czystości wcale nie odbiegają od norm europejskich. Utrzymanie porządku 
jest oczywiście podyktowane troską o pacjentów i dostosowaniem do ich wymogów. 
Wśród ośrodków modelu wypoczynkowego, wyraźnie zauważyć można tendencje do 
unowocześniania  i  podnoszenia  standardów,  tworzenia  wręcz  luksusowych  hoteli 
oferujących panchakarmę jako jedną z atrakcji pobytu. W przypadku drugiego modelu, 
nacisk położony jest bardziej na samą praktykę niż otoczenie  – co za tym idzie lekarze 
dbają bardziej o używane leki i oleje do masażu niż o czystość pomieszczeń. 
Postać samego lekarza również ma znaczenie przy doborze ośrodka. Jeśli jest to 
postać  charyzmatyczna,  ukazująca  swoim  życiem  idee,  które  wyznaje,  postać  żyjąca 
sattvicznie,  z  pasją  i  zaangażowaniem  prowadząca  działalność  terapeutyczną,
nietrudno  domyślić  się,  że  będzie  miała  wielu  pacjentów.  Takie  osoby  pracują 
w ośrodkach nastawionych na terapię. Lekarze prowadzący ośrodki wypoczynkowe są 
osobami  wyznającymi  inne  priorytety,  a  co  za  tym  idzie,  ich  działalność  zyskuje 
zupełnie  inny  wymiar.  Momentem,  w  którym  pacjent  może  poznać  lekarza,  jest 
konsultacja i diagnoza. Diagnoza składa się z kilku części, które szczegółowo opisane 
zostały  w  poprzednim  rozdziale;  niestety  do  pełnego  klasycznego  modelu 
diagnozowania,  współczesnym  praktykom  ajurwedyjskim  wiele  brakuje.  O  ile 
w modelu terapeutycznym lekarz dba o to, by pacjent był na czczo i stara się, oprócz 
rutynowych działań jak sprawdzanie pulsu, języka i oczu oraz moczu, poświęcić mu 
czas  na  pogłębiony  wywiad  psychologiczny  o  tyle  czynności  lekarzy  ośrodków 
wypoczynkowych   sprowadzają  się  do  diagnozy  języka,  pulsu  i  ogólnej  krótkiej 
rozmowy. Nie dbają także o to, by diagnoza odbywała się rankiem i na pusty żołądek, 
co  ma  duże  znaczenie  w  analizie  stanu  patologicznego.  Pacjentom  poświęcają  także 
dużo  mniej  czasu;  wynika  to  również  z  liczby  zainteresowanych  przyjmowanych 
każdego  dnia.  Z  liczbą  uczestników  terapii  wiąże  się  również  podejście  lekarza  do 
pacjenta  –  oczywisty jest fakt, że im mniej pacjentów, tym więcej uwagi  jest w stanie 
poświecić  każdemu  z  nich  lekarz.  Mimo,  że  większość  zabiegów  prowadzą 
wykształceni  terapeuci,  lekarz  powinien  być  stale  do  dyspozycji  swoich  pacjentów, 
odpowiadając  na  wszystkie  nurtujące  pytania  i  udzielając  niezbędnej  pomocy 
w  kryzysowych  sytuacjach.  Głęboka  relacja  z  pacjentem  charakteryzuje  lekarzy 
prowadzących  ośrodki  terapeutyczne;  przeciwnie  jeśli  chodzi  o  ośrodki 
wypoczynkowe  –  tu  relacje  są  płytkie  i  pacjent  nie  zawsze  może  liczyć  na  osobistą 
opiekę.  Lekarz  powinien  również  wyjaśnić  pacjentowi  zasady  ajurwedy  i  objaśnić 
wszystko, co dotyczy postępowania w terapii. Z obserwacji autorki wynika, że lekarz 
reaguje na potrzeby i zainteresowanie pacjenta  –  o ile tylko ten wyraża chęć poznania 
teorii  ajurwedy  i  interesuje  się  tym,  co  się  z  nim  dzieje  podczas  zabiegów,  lekarz 
bardzo chętnie dzieli się swoją wiedzą i odpowiada na wszystkie pytania. Im głębiej 
pacjent wnika w ajurwedę i terapię, tym więcej osoba prowadząca sama mu tłumaczy, 
dochodzi  wręcz  do  szczegółowego  omawiania  każdego  kroku  w  terapii  i  jego 
konsekwencji. Co więcej, pacjent może liczyć na indywidualne wskazówki dotyczące 
dalszego  postępowania,  zarówno  zaraz  po  oczyszczaniu  jak  i  po  powrocie  do 
codzienności. Pacjent występuje w roli partnera w rozmowie, ale zarówno  liczba dni 
kuracji jak i jej przebieg zostają mu odgórnie narzucone  –  lekarz decyduje o tym, co 
dla pacjenta jest dobre. Jeśli natomiast pacjent chce być leczony, traktowany jest nieco 
przedmiotowo. Ma to miejsce szczególnie w ośrodkach wypoczynkowych, gdzie już 
samo  określenie  osoby  biorącej  udział  w  terapii  –  klient  –  wskazuje  na  pobieżność 
relacji  i  cel  pobytu.  Lekarz  sam  nie  stara  się  tłumaczyć  zasad  medycyny 
ajurwedyjskiej  lub  robi  to  niezwykle  oględnie.  Wskazówki  udzielane  po  skończonej 
terapii  są  bardzo  ogólne,  nie  dostosowane  często  do  konstytucji  każdego  pacjenta 
z osobna. W tym modelu lekarz jedynie sugeruje, ale ostatecznie to pacjent ma prawo 
wybrać sobie liczbę dni oczyszczania i zabiegi, które zostaną przeprowadzone. 
Zarówno  lekarz  jak  i  prowadzący  pacjenta  terapeuta  starają  się  jak  najlepiej 
przygotować  przed  wykonywanymi  zabiegami.  Bardzo  często  zakładają  odpowiedni 
strój,  chroniący  przed  energią  pacjenta,  modlą  się  lub  medytują.  Pozwala  im  to 
również zachować spokój i opanowanie w niespodziewanych, kryzysowych sytuacjach 
(omdlenia, paraliże, epilepsja). 
Ostatnią rzeczą, która stanowi duży magnes przyciągający pacjentów są atrakcje 
oferowane  przez  ośrodek  obok  samej  panchakarmy.  Mimo,  że  lekarze  nie  zalecają 
innych  aktywności  ponad  to,  co  konieczne  podczas  terapii,  sami  często  oferują 
dodatkowe  kilkudniowe  kursy  lub  warsztaty.  Wiele  ośrodków  prowadzi  działalność 
szkoleniową  równocześnie  z  nadzorowaniem  panchakarmy  –  dostępne  są  kursy 
wszelkiego rodzaju masażu (całego ciała, marmiczny, jogiczny, tantryczny), dietetyki 
i  koncepcji  ajurwedyjskich,  jogi  czy  medytacji.  Ponadto  oferowane  są  warsztaty 
kulinarne, zarówno kuchni ajurwedyjskiej jak i indyjskiej, warsztaty terapii kolorami, 
dźwiękiem  czy  gry  na  instrumentach  indyjskich.  Pacjent  kuszony  jest  różnymi 
możliwościami,  z  których  często  korzysta,  pozostawiając  gdzieś  w  tle  przemyślenia 
z odbywanych kuracji. Dodatkowa aktywność wypełnia czas w sposób kreatywny oraz 
mało narażający na stres i inne bolączki życia codziennego.
Pacjentami ośrodków o charakterze terapeutycznym są przede wszystkim osoby 
z  różnymi  dolegliwościami,  zwykle  nie  zagrażającymi  życiu,  choć  i  takie  przypadki 
bywają.  Jak  wynika  z  przeprowadzonych  rozmów,  to  do  lekarza  należy  ostateczny 
głos czy jest w stanie pomóc osobie, czy też skieruje ją do innej kliniki ajurwedyjskiej, 
w której nad jej stanem zdrowia będzie czuwało grono specjalistów (odpowiedzialność 
zbiorowa).  Do  takich  klinik  trafiają  pacjenci  z  bardzo  ciężkimi  przypadkami  (min. 
nowotwory,  ciężkie  owrzodzenia).  Często  do  ośrodków  ajurwedy  zgłaszają  się 
pacjenci  z  potencjalnie  nieuleczalnymi,  według  medycyny  alopatycznej,  chorobami 
takimi jak cukrzyca, zespół Raynauda  czy stwardnienie rozsiane. Pacjenci wierzą, że 
istnieje jakiś sposób na znalezienie prz yczyny ich stanu i jej zlikwidowanie. Kolejną 
grupę  chorych  stanowią  osoby  z  problemami  emocjonalnymi  i  psychicznymi, 
zestresowane,  stale  zmęczone.  Dla  tych  osób  kluczowa  jest  początkowa  faza 
panchakarmy  –  terapia  marma.  W  przypadku  tej  grupy  to  lekarz  po  konsultacji 
podejmuje  decyzję  o  zakwalifikowaniu  bądź  nie  danej  jednostki  na  terapię.  Zbyt 
ciężkie  przypadki  emocjonalnego  lub  psychicznego  niezrównoważenia,  nadmiernie 
tamasowy umysł, przejście silnej traumy wykluczają udział w  panchakarmie. Ma to na 
celu  ochronę  samego  lekarza,  terapeutów  i  wszystkich  współtowarzyszy  terapii  –
kuracja  obfituje  bowiem  w  momenty  silnej  ekspresji  skumulowanych  emocji,  która 
może  przebiegać  bardzo  gwałtownie.  Z  drugiej  strony  sami  lekarze  tłumaczą  swoją 
niechęć  do  uzdrawiania  tego  typu  osób  ich  biernością  i  zupełnym  brakiem 
zaangażowania w podejmowane działania. Takie osoby, jak się uznaje, po prostu nie 
chcą  się  leczyć.  Podobny  stosunek  mają  praktycy  do  osób  zagubionych  i  młodych, 
które  same  nie  wiedzą,  jaka  jest  ich  ścieżka  w  życiu.  O  ile  osobom 
niezrównoważonym nie daje się  nawet szans na wykazanie się o tyle w przypadku tej 
ostatniej  grupy  lekarze  często  podejmują  próby  wyprowadzenia  pacjentów  na 
właściwą im ścieżkę. Szczególnie praktycy  modelu terapeutycznego upodobali sobie 
tę grupę jako wartą włożenia w pracę z nią większego wysiłku, który może przyczynić 
się do ich rozwoju w pracy terapeutycznej – im więcej nawróconych na sattviczny styl 
życia, tym bogatsze doświadczenie i głębszy samorozwój. Podobnego przekonania nie 
mają  lekarze  ośrodków  reprezentujących  model  wypoczynkowy,  których  pacjentami 
są  zazwyczaj  osoby  chronicznie  zmęczone,  zestresowane,  z  mniej  groźnymi 
przypadłościami  jak  alergie,  migreny  czy  problemy  w  obrębie  przewodu 
pokarmowego.  Często  są  to  przedstawiciele  europejskiej  klasy  wyższej  oraz  bogaci 
turyści z Ameryki czy Izraela. Do ośrodków terapeutycznych często na  panchakarmę 
trafiają  osoby  zainteresowane  samą  ajurwedą,  które  dodatkowo  pragną  poszerzyć 
swoją wiedzę uczestnicząc w oferowanych przez jednostkę kursach i warsztatach. Jeśli 
chodzi o narodowość pacjentów tych centrów, są to przede wszystkich Europejczycy 
klasy  średniej  oraz  Izraelici.  Do  ośrodków  trafiają  osoby  obu  płci,  nie  występuje 
przewaga żadnej z nich. 
Niezmiernie  ciekawym  wydaje  się  fakt,  że  wśród  pacjentów  obydwu  typów 
ośrodków  nie  ma  Indusów.  Z  przeprowadzonych  z  lekarzami,  a  także  samymi 
Indusami rozmów wynika, iż wierzą oni w to, że żyją zdrowo i  panchakarma  nie jest 
im po prostu potrzebna. Uważają, że odżywiają się zdrowo, prosto, używ ają różnych 
ziół i przypraw pobudzających agni, dbają o higienę osobistą, medytują i ćwiczą jogę, 
mają dużo czasu wolnego na automasaże i inne formy pielęgnacji – to wszystko składa 
się  według  nich  na  obraz  zdrowego  człowieka.  W  rzeczywistości  obraz  ten  ulega 
przekształceniu  pod  masowym  napływem  produktów  pochodzenia  europejskiego, 
przetworzonych i modyfikowanych. Nie chodzi tu tylko o produkty żywnościowe, ale 
o  wszelkiego  rodzaju  zachodnie  udogodnienia  zalewające  świat  w  zastraszającym 
tempie. Jeszcze do  niedawna w Indiach nie występowały tzw. choroby cywilizacyjne 
i pojęcie pośpiechu czy stresu. Dziś, wraz z napływem zachodniej mody przybywają 
i te oto produkty uboczne. Coraz częściej Indusi skarżą się na postępujące problemy 
emocjonalne  i  związane  z  nimi  zaburzenia  fizyczne  jak  np.  choroby  układu 
pokarmowego,  ale  –  podobnie  jak  ludzie  Zachodu  –  chcą  leczyć  tylko  doraźne 
problemy  i  uznają  kuracje,  które  działają  natychmiast.  Kolejną,  a  być  może 
najważniejszą  barierą  uniemożliwiającą  przeciętnemu  Indusowi  udział  w  terapii 
panchakarmy  jest bariera finansowa  –  ceny, jakie proponują ośrodki ajurwedyjskie są 
zupełnie nieprzystępne dla kieszeni potencjalnego pacjenta. Wreszcie Indusi twierdzą, 
że skoro jest tyle różnych ajurwedyjskich koncepcji na temat zdrowia, to można ufać 
w to, że nawet prowadząc obecny styl życia, w którąś na pewno uda się wpasować. 
Podsumowując powyższe rozważania, autorka pracy pragnie raz jeszcze zwrócić 
uwagę na wyróżnione modele ośrodków ajurwedyjskich i ich specyfikę. Pociąga ona 
za  sobą  różne  typy  pacjentów,  których  generalnie  sklasyfikować  można  jako 
uzdrawianych  i  leczonych.  Osoby  uzdrawiane  to  te,  które  świadomie  poddają  się 
terapii, są do niej przygotowane emocjonalnie i fizycznie oraz dbają o jej prawidłowy 
przebieg.  Osoby  leczone  zaś,  biernie  poddają  się  zabiegom,  nie  uczestniczą  żywo 
w całym przedstawieniu, które się wokół nich rozgrywa, często są do niego w ogóle 
nieprzygotowane.  Uzdrawiani  to  często  osoby  charakteryzujące  się  rozbudzoną 
duchowością,  poszukujące  celu  i  własnej  drogi  w  życiu,  o  otwartym  umyśle 
i tolerancyjnym spojrzeniu na świat i inne kultury. Leczeni czerpią pełnymi garściami 
z  tradycji  obcych  kultur  niejednokrotnie  bez  ich  zrozumienia  a  nawet  tolerancji.  To 
osoby  o  ograniczonych  horyzontach,   materialnych  priorytetach.  Często  traktują 
panchakarmę  jako  rodzaj  swoistej  odskoczni,  oderwania  od  trudnej  szarej 
rzeczywistości,  taką  samą  jaką  mogłyby  być  wakacje  z  akupunkturą  czy  masażami siatsu.

Tamasowa pogoda, tamasowe jedzenie

Za oknami plucha, szaro, zimno i ponuro - często mówi się o takiej pogodzie, że jest ciężka. Takie przymioty jak ciężkość, inercja,bezwład, niepokój, uziemienie to cechy tamasu - trzeciej i ostatniej z gun (właściwości pramaterii według filozofii sankhji, odsyłam do wcześniejszych postów o sattwie:)) Tamasowe może być też jedzenie - jedząc je czujemy się właśnie tacy ociężali i uziemieni, bez energii... ajurweda wskazuje jako tamasowe następujące produkty i zaleca spożywanie ich w jak najmniejszych ilościach a najlepiej w ogóle:):
alkohol
cebula
dziczyzna
grzyby
indyk
jagnięcina
królik
kurczak
lody
margaryna
mięso z kozy
mleko z proszku
mleko, homogenizowane
mleko, pasteryzowane
por
pożywienie głęboko smażone
pożywienie mrożone
pożywienie odgrzewane
pożywienie z mikrofali
ryby morskie
ryby słodkowodne
słonina
smalec
szalotka
wieprzowina
wołowina

czwartek, 17 października 2013

Jęczmień i chlorella

Zastanawiam się jak zachęcić Was do wspomagania procesów organizmu poprzez jęczmień. Pisanie kolejnych frazesów jaki to jest cudowny i wspaniały nie ma najmniejszego sensu - wszędzie aż huczy od cudownych specyfików z których każdy - miód manuka, sok noni, jagody goji, nasiona chia... i inne tego typu mają właściwości odmładzające, regulujące przemianę materii, zabijające szkodniki i wolne rodniki, oczyszczające, dodatkowo zawierają komplet witamin i minerałów, słowem są boskie i tylko je należy spożywać, żeby zachować wieczną młodość i zdrowie. Nie wierzcie w takie cuda. Owszem, są to PRODUKTY WSPOMAGAJĄCE prawidłowe odżywianie, ale w żadnym wypadku nie mogą stanowić bazy. Najważniejsze jest zdrowe odżywianie - wtedy nie trzeba wspomagać się suplementami, bowiem pożywienie odpowiednio skomponowane dostarcza wszystkiego, co niezbędne. Problem zaczyna się kiedy nie można jeść wszystkiego, co jeść należy. Tak jak u mnie. Bycie weganką karmiąc Malucha nie należy do najprostszych zadań a tym bardziej do zadań najzdrowszych... Żelazo, wapń, fosfor występują w produktach pochodzenia roślinnego, ale w ilościach takich co kot napłakał... a w dodatku są mniej przyswajalne. A karmiąc (właściwie nie karmiąc też) te pierwiastki są  jednymi z najważniejszych. Problem jest też z surowymi warzywami - byłoby więcej witamin i enzymów niż po obróbce termicznej, ale nie da się, bo Malucha od razu boli brzuch. Fasole - wzdymają i Mały ma gazy - to źródło białka też nie nadaje się do zbyt częstego używania:) Rozwiązaniem jest prosty produkt - trawa:) Ściślej mówiąc trawa jęczmienna w połączeniu z glonem:) Zawiera wszystko, czego mi brakuje, w takich ilościach, jakich akurat potrzebuje. Dodatkowo zyskuję kolejny z produktów pochodzenia roślinnego, który ma właściwości regulujące procesy fizjologiczne ciała. Tak, kolejny, bo wierzycie mi czy nie, WSZYSTKIE produkty roślinne w jakiś sposób na te procesy wpływają. Jedne oczyszczają, inne regulują przemianę materii, jeszcze inne wspomagają pracę wątroby. Niebywała zaletą jęczmienia, w porównaniu do specyfików pochodzących gdzieś ze świata, jest to, że należy on do produktów, które rosną w naszej strefie klimatycznej - jest dla nas łatwiej strawny i super przystępny. I w zasadzie nie trzeba go kupować - można iść na uprawę jeczmienia, zerwać trawę, wycisnąć jej sok i cieszyć się jego wspaniałymi właściwościami:)
Dla wszystkich, którym się nie chce tego robić - polecam jęczmień firmy green ways. Opakowanie do kupienia u mnie - dochód z nich, żeby nie było, że "chcę zarobić na naiwności biednych, głupich ludzi" przeznaczam na dożywienie dzieci ze świetlicy środowiskowej u mnie w mieście.

piątek, 11 października 2013

Pokarmy radżasowe

Pisałam niedawno (a może i dawno...jak ten czas szybko leci) o produktach, które ajurweda uważa za czyste, czyli sattwiczne. Teraz przyszedł czas wymienić te, które wprowadzają w nasze życie element radżasu, czyli innymi słowy stymulują i pobudzają do działania (zarówno do pozytywnego jak i negatywnego). Są to też produkty w większości aktywizujące ogień trawienny. Wszystkich, których zainteresuje ta strona ajurwedy zachęcam do zaglądnięcia do moich wypocin, gdzie sankhja i wszystko, co wiąże się z gunami jest opisane troszkę szerzej. Pozostałych czytelników wolę nie straszyć zawiłością tej filozofii....;) A oto i lista produktów mających cechy radżasu:
awokado
bakłażany
butelkowane soki i napoje
cieciorka
cukier
cukier daktylowy
cukier palmowy
cytryny
czosnek
drożdże
fasola kidney
jajka
jogurt, kwaśny
kefir
konserwowane pożywienie
limonka
maltoza
mango, niedojrzałe
mąka, biała
mleko sojowe
mojonez
molasa
ocet
olej
oliwa
oliwki
orzechy ziemne
ostre pożywienie
papryka, słodka
pikle
pistacje
pomidory
puszkowane pożywienie
rabarbar
rzodkiew
sery
sfermentowane pożywienie
słone pożywienie
soczewica, czerwona
sól
syrop ryżowy

Ciasto ryżowe z jabłkami i masą kokosową

Ostatnio jedyne jakie mogę jeść... prócz daktylowego z owsem, ale to jest o niebo lepsze. I w dodatku banalnie proste. Przepis - jak zwykle - wymyślony naprędce i z tego, co miałam dostępne w szafkach i lodówce:) 
Potrzebne składniki: ryż basmati, płatki orkiszowe lub owsiane grube, przyprawy: kolendra, kardamon, anyż i goździki (opcjonalnie cynamon), olej kokosowy, jabłka jak na szarlotkę, cukier palmowy lub trzcinowy, masa kokosowa taka już gotowa, którą można zakupić w sklepach ze zdrową żywnością lub zrobić samemu ze zblendowanego miąższu kokosa. 
Proporcje: na oko:D  mniej więcej 2 do 1 ryż z płatkami; kg jabłek, kokosa do woli:)
Sposób przyrządzenia: podgrzać olej i podprażyć na nim przyprawy z cukrem, dodać ryż, zalać gorącą wodą i zagotować 10 min. Dodać płatki, tak, żeby wchłonęły całą wodę, pogotować jeszcze ze 2-3 min i odstawić. W międzyczasie jabłka przygotować jak na szarlotkę - można zetrzeć na tarce a można zmiksować - zawsze z braku czasu wybieram opcję nr 2, choć starte są dużo lepsze... Blaszkę podłużną jak do chleba wyłożyć papierem i na dno wyłożyć ryż z płatkami. Na to masę kokosową i na końcu jabłka (jeżeli jabłka są bardzo soczyste to odlać sok lub rozrobić je z galaretką) a potem wszystko to zapieć ok. 30 min w 180-200 stopni. A potem wcinać ile wlezie:):)

czwartek, 19 września 2013

Niespodziewane zalety przymusowego weganizmu

Dziś w nocy doznałam kolejnego olśnienia mojego sattwicznego umysłu:) Zastanawiałam się nad paradoksem swojego obecnego odżywiania. Jest mocno okrojone ze wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego i dużej ilości innych produktów, które zawsze uważałam za niezbędne. Mówiąc szczerze jem ostatnio bardzo ubogo... a mimo to mam chyba jeszcze więcej energii niż normalnie! Żyjąc na kaszy jaglanej i warzywach z własnego ogródka mogę prosperować na pełnych obrotach 24 godziny na dobę (czasem dosłownie...) bez najmniejszych oznak zmęczenia! No dobra, czasem już po kilku z rzędu zupełnie nieprzespanych nocach muszę położyć się choćby na godzinkę:) Oglądając codziennie swój język mogę z rozbrajającą szczerością stwierdzić przed samą sobą że wcześniej byłam troszki zatoksyczniona - wydawało mi się, że nie, bo język był bardzo ładny i różowy, ale to jaki jest teraz utwierdza mnie w przekonaniu, że może być lepiej. Poprawiła mi się jeszcze bardziej cera, rozbłysły oczy, przestały wypadać włosy.. chyba, że to efekt karmienia i dużej ilości endomorfin:):) Ja się chyba poważnie zastanowię nad powrotem do produktów mlecznych i jaj:) Polecam wypróbowanie diety z produktami sattwicznymi przez jakiś czas - sami ocenicie efekty. 
A produkty sattwiczne, wg ajurwedy to:
ananas, 
arbuz
bataty
borówki
brokuły
brukselki
brzoskwinia
buraki
cukier trzcinowy
cukinia
cykoria
daktyle suszone
daktyle świeże
dynia
fasola azuki
fasola czarna
fasola pintu
figi
ghee
gorczyca
granat
grapefruit
groszek
groszek zielony
gryka
jabłka
jagody
jam
jarmuż
jeżyny
jęczmień
jogurt, świeży
kalafior
kalarepa
kapusta
kapusta włoska
karczoch
kiełki alfa
kokos
kukurydza
limonka
maliny
mandarynki
mango, dojrzałe
marchew
migdały
morele
mung dal
ogórek
okra
orzechy brazylijskie
orzechy nerkowce
orzechy pecan
orzechy pinni
orzechy włoskie
papaja
pestki słonecznika
pietruszka
pomarańcz, słodki
owies
proso
pszenica
quinoa
rodzynki
ryż 
ryż basmati
rzepa
sałata
seler
sezam
soczewica brązowa
soja
soki owocowe
syrop klonowy
szparagi
szpinak
śliwki, suszone
śliwki, świeże
truskawki
winogrona
wiśnie
ziemniaki
żurawiny

środa, 18 września 2013

Sattwiczny umysł

Dziś wędrując sobie w lesie z Młodym przywiązanym do piersi chustą poczułam niezwykły napływ dobrej energii. Mój umysł nagle zastygł - przestałam myśleć,analizować, ustawiać po kolei co jeszcze mam zrobić tego dnia, po prostu wyłączyłam się patrząc jak oniemiała na małe kropelki deszczu. Odkryłam na nowo deszcz. Jakaś jasność, świetlistość mnie ogarnęła. Uśmiechnęłam się pod nosem i przypomniałam sobie o gunach. Według filozofii sankhji, w której ajurweda ma swoje korzenie, guny to cechy, atrybuty Materii (Prakriti), czyli podstawa dla wszelkiego istnienia. Wszystko przejawia się pod postacią sattwy, rajasu i tamasu w różnych proporcjach. O istnieniu gun, które nie są bezpośrednio poznawalne, wnioskować można z ich skutków. Mniejsza o filozofię - ważne jest to, co guny niosą ze sobą. I tak sattwa to guna świetlistości, synonim rozjaśniania, istnienia, odpowiada za akty poznawcze. Radżas odpowiada za wszelki ruch, aktywność, działanie i zmianę; również uczucia i emocje. Tamas natomiast jest przejawem tego, co grubo materialne, ciężkie i bezwładne. Umysł również może być czysty, kiedy dominuje sattwa, nadaktywny gdy jest za dużo rajasu lub bezwładny, gdy dominuje tamas. Często łapię się na tym, że mój umysł jest nadaktywny - staram się ogarnąć miliony spraw, jestem wszędzie tylko nie tu i teraz. Ustawiam harmonogram dnia, myślę, gdzie jeszcze powinnam zadzwonić, co i gdzie napisać, co zrobić na obiad, w co ubrać dziecko, jakie i kiedy zrobić zakupy... i tak w kółko. Też tak macie drogie pitty? Taki stan niestety dla pitty jest charakterystyczny, ciężko jest pokonać dominujący w picie radżas...wybicie się ponad radżas stanowi dla mnie pewnego rodzaju milowy skok - tak trudno bowiem zapanować nad umysłem. Czasem udaje mi się to ćwicząc czy głęboko i spokojnie oddychając,ale utrzymać taki stan na dłużej to nie lada wyzwanie. Dziś się udało. Życzę Wam takiego doznania choćby raz w życiu - zupełnie klarownego,  nieowładniętego niczym sattwicznego umysłu.

piątek, 6 września 2013

Placki z cieciorki

W lodówce pustki... jak zwykle; nie mam czasu pojechać na zakupy. Co zrobić zatem na obiad? Chodzę i szperam po szafkach. Cieciorka! Jesteśmy uratowani, coś już się zmajstruje:) Są też ziemniaki, dobrze jest:)
Z ziemniaków,ugotowanej cieciorki i pora zmajstrowałam placki, podobne do ziemniaczanych. Dałam mniej więcej dwa razy więcej cieciorki (wcześniej namoczonej i ugotowanej w wodzie z asafetydą i kminem) niż ziemniaków, całego pora, 2 jajka, sól i przyprawy rozgrzane w oleju: kminek, subji masalę i zmielony anyżek. Całość zmiksowałam i smażyłam na oleju kokosowym na rumiany kolor. Ja oczywiście, z racji karmienia, nie uraczyłam się nimi zbytnio,ale po skosztowaniu stwierdziłam, że kiedyś jeszcze takie na pewno zrobię:) Mąż zjadł. Czyli nie były takie złe;p
Ostrożnie tylko z nimi dla osób o konstytucji kapha! Trzeba byłoby dodać więcej rozgrzewających przypraw.

wtorek, 20 sierpnia 2013

ajurwedyjskie reguły zachowania w lato

I również rychło wczas przedstawiam:)
Promieniowanie słoneczne jest w lato intensywne, bioenergia kapha ulega redukcji. Na sile przybiera bioenergia pitta. Ważne jest, by unikać bezpośredniego działania promieni słonecznych, szczególnie w porach najaktywniejszej działalności słońca. Spożywane pokarmy powinny być ciepłe, lekko tłuste i z przewagą słodkiego smaku; ostre, kwaśne i nadmiernie słone pokarmy należy zredukować do minimum. Większa ilość płynów pomoże poradzić sobie z gorącem i wzmożoną potliwością – płyny mogą być chłodne, ale nie lodowate!. Chłodne pokarmy nadają się na lunch, ale na wieczór lepiej spożyć coś gotowanego, choć lekkiego. Napoje alkoholowe i stymulujące, o ile w ogóle spożywane, należy rozcieńczać wodą. Osoby o konstytucji pitta powinny szczególnie uważać – jeśli już lepiej delektować się smakiem białego wina niż ciężkich alkoholi takich jak rum, whisky i czerwone wino. Pomieszczenia mieszkalne należy często wietrzyć, by zapewnić odpowiednią ilość tlenu oraz perfumować słodkimi i wychładzającymi zapachami: lawendą, jaśminem, drzewem sandałowym i różą. Dobrze jest nosić perłową lub srebrną biżuterię i wystawiać się na działanie księżyca – teksty ajurwedyjskie wychwalają spacery w pełnię. Niewskazana jest aktywność sportowa, chyba, że są to spacery o świecie i o zachodzie słońca, pływanie lub spokojne asany jogi; należy ograniczać również pożycie seksualne (najlepszy czas: rano lub wieczorem, kiedy kapha osiąga swoje maksimum). Noszone ubrania powinny być białe, zielone lub niebieskie (wychładzające, odbijające promienie słoneczne), zrobione z naturalnych materiałów i luźne. Drzemka w środku dnia, w momencie największej aktywności słońca nie jest najgorszym pomysłem – doda energii i pozwoli wychłodzić przegrzany organizm (szczególnie polecana osobom o konstytucji pitta). W letnich miesiącach można sobie pozwolić na nieco dłuższą wieczorną aktywność; przed samym snem można nasmarować stopy olejem kokosowym (wychładza) oraz skropić poduszkę olejkiem z drzewa sandałowego lub lawendowym.   

W upalne dni

Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale:) Czy do nikogo nie dociera, że w gorące dni należy jeść GORĄCE dania i pić GORĄCE napoje?:) tak tak, właśnie wtedy otwierają się pory i organizm wyrzuca z siebie ciepło, a nie ogrzewa ciała, co ma miejsce kiedy dostarczam organizmowi zimne pożywienie. Sprawa jest banalnie prosta - organizm jak wiemy ma swoją stałą temperaturę i wszystko, co dostanie się do jego wnętrza z inną temperaturą musi zostać do niej dostosowane, co za tym idzie organizm ogrzewa wszystko chłodne i oziębia to, co gorące. Nie powinno się też blokować porów i podskórnych kanalików odprowadzających pot poprzez antyperspirant - jeżeli nie wypoci się zbędnego ciepła będzie jeszcze goręcej! W upalne dni należy zakładać bawełniane przewiewne ubrania i nie wzbraniać się przed potem - to naturalna ochrona ciała przed przegrzaniem. Zamiast lodów powinno się pić gorącą wodę z cukrem, najlepiej palmowym, który ma właściwości ściągające wodę z tkanek ciała.  

czwartek, 18 lipca 2013

Podpłomyki mojej prababci

To też jest sposób na Małego - na szczęście toleruje pszenicę i mogę sobie pozwolić na użycie mąki pszennej lub orkiszowej na tą małą przekąskę. Pamiętam jako dziecko jak zajadałam się podpłomykami z masłem i truskawkami, które robiła moja prababcia jak nie było chleba. Okazało się, że zrobienie ich jest banalnie proste i robiłam je jeszcze jako mała smarkula grzebiąc się w cieście z mąki i wody. Potem jakoś o nich zapomniałam aż do teraz, kiedy szukam jakiejś zdrowej przegryzki a. bez cukru; b. bez białka; c.najlepiej bez tłuszczu:) Wystarczy zrobić ciasto jak na pierogi - mąkę zalać gorącą wodą i zagnieść ciasto - ja do mojego dodaję jeszcze soli i różnych przypraw, żeby nie było za mdłe, a ostatnio nawet posiekaną pietruszkę i kolendrę. Z ciasta wykrawa się duże koła i piecze na suchej patelni, tak, by ciasto przyrumieniło się z dwóch stron. Gotowe:) Indusi robią to samo i nazywa się to parantha, z tym wyjątkiem, że smażą to na oleju - czyli takie samo ciasto (często z dodatkiem warzyw lub owoców) po prostu smażone na oleju. Jest dużo lepsze, no ale..:)

Chleb zbożowy...

...Który z chęcią zjadłabym gdyby mi na to układ pokarmowy mojego syna pozwolił:) Wyczyniałam dlań różne rzeczy, ale ciągle coś mu w moim pokarmie nie pasuje, więc może spasuje chociaż wam:)
Potrzebujecie po 100 gr mąki gryczanej, jęczmiennej, owsianej, orkiszowej i pszennej (ja miałam ziarna i po prostu zmieliłam), duży kefir, 40 gr drożdży, 2 łyżki oliwy z oliwek, sól, cukier do drożdży i ze 100 ml wody (może być troszkę więcej jeśli stwierdzicie, że za gęste - zależy od konsystencji kefiru).
Drożdże trzeba rozmieszać z cukrem i wodą, wszystko razem włożyć do jakiegoś naczynia miksującego i po prostu wymieszać. Potem przełożyć do blaszki i zostawić do urośnięcia (ewentualnie w piekarniku w 50 stopniach przez 10-15 min). A potem to już tylko upiec 40 min w 200 stopniach i delekta... 

Film przygodowy ciągle trwa

Minęły już 2 miesiące od porodu a ja wciąż powtarzam, że w porównaniu do tych dni ciąża i poród to pestka. Każdy dzień zaskakuje mnie mnóstwem nieprzewidzianych sytuacji i zachowań mego syna, z którymi niekoniecznie zawsze daję sobie radę. Począwszy od zachłystywań, przez brak przyrostu na masie mimo duuuużych porcji jedzenia, zielone, brązowe i inne kolorowe kupy po tygodniowy pobyt na oddziale zakaźnym i piętnastokrotne przedawkowanie żelaza... Jest ciekawie, nie nudzę się z pewnością. Sprawia to jednak, że Mały absorbuje nie w 100 procentach, co zmniejsza moje szanse na wyprodukowanie czegoś mądrego. Z racji tego, że Mały ma alergię lub nietolerancje na większość białkowych rzeczy (sic!!!!) musiałam wymyślić cokolwiek do jedzenia, bo repertuar został znacznie ograniczony. Z pokarmów bogatych w białko, które toleruje jego żołądek są: migdały, quinoa, amarantus, pestki z dyni i żółtko - może być to cenna informacja dla matek, które borykają się z podobnym problemem jak ja. Próbowałam też koziego mleka - wymioty się nasiliły; masła sezamowego- wyskoczyła skaza; czerwona soczewica i cieciorka - głośne i wonne odloty; tofu - lepiej reakcji nie opisywać:) Ostatecznie ostało się na kaszach, kilku warzywach, oleju migdałowym i pestkach wszelakich. I o dziwo jeszcze nie wyglądam jak cień człowieka:):) To chyba za sprawą tego, że nadrabiam to ilością pochłanianego dosłownie jedzenia. W każdym razie matki cierpiętniczki jedzeniowe jestem z wami! 

czwartek, 27 czerwca 2013

wpis E

Może zacznę od tego, że to niesamowite, iż Monika mimo, że dopiero co urodziła maluszka, znalazła siłę, ochotę i chwile wolnego, aby spotkać się ze mną na skypie i porozmawiać o diecie. Duże pokłony ;-)
No i co tu dużo mówić, chwila rozmowy i posypało się wiele cennych rad i wskazówek, które dopiero co ogarniam i próbuje wdrożyć swoje życie. Ajurweda to ogromy kawał wiedzy, który Monika zdecydowanie posiada. A do tego wskazówki przygotowanej przez nią w formie elektronicznej, często pomagają mi rozwiać wątpliwości, które zawsze na początku się pojawiają.
Zatem dzięki Monika za wszystko ;-)

czwartek, 6 czerwca 2013

Nowa etykieta - możecie do mnie przypiąć etykietkę:):)

Kilka osób zapytywało mnie o to gdzie można o mnie coś napisać z perspektywy osoby, która się ze mną w jakikolwiek sposób styka. Wychodząc wreszcie na przeciw prośbom o taką możliwość założyłam nową etykietę - co WY, Drodzy Czytelnicy i Słuchacze sądzicie o mnie i mojej pracy. Wszystkich zainteresowanych i chętnych do wpisu proszę o przesyłanie elaboratów na mojego maila a ja wrzucę na bloga. Liczą się i pozytywne i negatywne wypowiedzi, za żadne dwójek nie będzie:)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Z pierwszych doświadczeń...

Takie urządzenie jak małe dziecko jest niezwykle skomplikowane...pewnie wcześniej już nie raz mi to ktoś mówił, ale dopiero teraz mogę się o tym rzeczywiście przekonać. Po pierwsze w ogóle nie odstępuje mnie na krok - właściwie mojego cyca, po drugie drze się niemiłosiernie i zgaduj zgadula o co mu chodzi, po trzecie kupa w minutę po zmianie pieluchy niezwykle nadweręża moją i tak już zachwianą cierpliwość... ale jest git, nie tracimy z mężem dobrego humoru (jeszcze:)) 
Z przemyśleń i doświadczenia z dwutygodniowym Maluchem:
- uwielbia kąpiel w siemieniu lnianym - w dodatku siemię super koi wrażliwą na odparzenia pieluchowe skórkę
- zmieniając pieluchę pupę przemywam bambusową myjką z ciepłą wodą - dużo lepszy efekt niż nawilżające chusteczki dla niemowląt, nie mówiąc już o ekonomiczności przedsięwzięcia
- do nawilżania powietrza dodaje trochę olejku lawendowego - miły zapach, a na Małego działa uspokajająco
- raz na czas wypijam herbatkę z kopru włoskiego - da się odczuć bombardowania Małego, ale przynajmniej nie boli Go brzuszek
- pupę smaruje kremem z nagietkiem (weleda) - na razie odparzeń i zaczerwienień brak!
- masaż wykonuję olejem sezamowym - okrężne ruchy, szczególnie na brzuszku - w zamian dostaję piękny grymas twarzy:)



środa, 29 maja 2013

Jesteśmy już w domu:)

Udało się - naturalnie urodziliśmy (duża w tym zasługa męża mego:) pięknego, zdrowego i ogromnego synka. Mały miał 4,46 kg i 61 cm, więc wahania z zapisu USG naprawdę są duże. Jesteśmy w domu i trenujemy tenory - Młody ma gardło jak śpiewak operowy:) Do blogowania będę wracać jak będzie spał, choć i na to na razie nie za bardzo się zanosi...:)

poniedziałek, 13 maja 2013

Kiedy wreszcie...

W akcie desperacji w moich mądrych ajurwedyjskich księgach poszukiwałam sposobu na wywołanie porodu. Całą ciążę powtarzałam sobie, że Mały wyjdzie jak mu się będzie chciało i jak będzie na to gotowy i że właściwie to On sam zdecyduje kiedy to ma być, a ja się nie będę wtrącać...ale stojąc przed "możliwością" cięcia cesarskiego wcale już mi nie jest tak śmieszno. Mały jest Duży. Według mojego lekarza  może być nawet za Duży jak na poród naturalny. Jedyny sposób - już go zmusić do wyjścia to więcej nie urośnie. Tyle, że u mnie wcale nie jest tak łatwo: przez całą ciążę wcale od aktywności fizycznej nie stroniłam, a wręcz przeciwnie:) Stąd szybki spacer, schylanie, mycie podłogi, okien, chodzenie po schodach i inne babciowe sposoby na mnie nie działają. Miałam jeszcze pomysł na rąbanie drewna, ale chyba Mąż by mnie prędzej porąbał...Obalam kolejny mit - ostre jedzenie - na pewno jego ulubiony smak nie zmusi go do wyjścia:) Herbatki z malin (ale liści) też poczekają na przeziębienie. I właściwie mogłabym tak wymieniać:) 
No dobra, ale nie będę taka monotematyczna:)
Kiedy wreszcie... poród nastąpi (a mam nadzieję, że będzie to naprawdę szybko:) trzeba według ajurwedyjskich lekarzy jak najszybciej użyć ziół pobudzających cyrkulację w obrębie macicy i powodujących szybsze jej oczyszczanie. Do ziół tych zalicza się przede wszystkich kurkumę (jakże by to inaczej), szafran i jeden z gatunków mięty, których nazwy na polski nie znam - pennyroyal; mentha pulegium (ta ostatnia uwaga! jest bardzo toksyczna, z tego, co wyczytałam może być nawet śmiertelna. W książkach nigdzie nie piszą jak się jej używa, myślę najprędzej, że w postaci jakiejś herbatki z liści, ale trzeba by to doczytać zanim ktoś skusi się na próbę). Jeśli chodzi o zioła wzmagające produkcję mleka to zalicza się do nich przede wszystkim shatavari, prawoślaz lekarski i lukrecję, najlepiej stosowane jako wywar mleczny. Te z pełną odpowiedzialnością akceptuję jako nietrujące:) Sprawny przepływ mleka w piersiach zapewni herbatka z kopru włoskiego, dandelionu lub pokrzywy. Ta ostatnia w dodatku pomoże uzupełnić zapasy żelaza po porodzie i ubytku krwi. Szałwia natomiast (najlepiej w postaci okładów lub herbatki) zahamuje wypływ mleka z obrzmiałych piersi (aczkolwiek w innym miejscu jest napisane, że na nawał mleczny nie pomoże) i w ogóle zahamuje wydzielanie mleka kiedy kobieta chce już zakończyć karmienie. Innym ze sposobów na zakończenie karmienia jest nakładanie na piersi mąki z fasoli mung. O tym jest tylko w jednym miejscu, trzeba by przetestować:)
Kiedy wreszcie... :):)

środa, 8 maja 2013

Słynny moniowy chleb:)

Podzielę się z Wami przepisem na mój chleb w zamian za dobre rady jak skłonić Maleństwo do wyjścia z brzucha:):) Za dobrze mu tam i w dodatku urósł nadprogramowo wielki... na tych fasolach i marchewkach. Albo tym chlebie...

Do chleba potrzeba zakwasu - ja zdobywam go raz na jakiś czas robiąc piękne oczy Kota ze Shrecka do pana w jakiejś piekarni. Jak już jest należy włożyć do jakiegoś większego garnka objętość około pół szklanki zakwasu, dodać szklankę mąki żytniej i szklankę wody - wszystko razem rozbełtać i zostawić na 12 godzin (mniej więcej oczywiście). Potem zaczyna się produkcja właściwego chleba. Do garnka z mieszaniną należy dodać 3 łyżki soli, po garści pestek z dyni, słonecznika, siemienia, sezamu i co tam się komu rzewnie podoba; potem po garści płatków owsianych, jęczmiennych i otrąb - też do wyboru; rozbełtać ok. 15 gr drożdży z łyżeczką cukru i szklanką letniej wody i wleć do mieszaniny. Potrzebne będą jeszcze na pewno 2 pozostałe szklanki wody, a może ciut więcej, żeby związać ciasto. I na sam koniec wreszcie kilogram mąki - wszystko jedno jakiej - ja dodaję i pełnoziarnistej pszennej i orkiszowej i czasem ciut żytniej i owsianej - byleby wyszło wszystkiego zusammen do kupy około kilograma. Całość należy dobrze wymieszać i z ciasta odłożyć około objętości szklanki zakwasu na nowy chleb a resztę przełożyć do dwóch blaszek podłużnych prostokątnych (jak do piernika) Można oczywiście tuż przed włożeniem do blaszek dodać wybranych suszonych owoców, jak ma być na słodko lub ziół i przypraw jak ma być na ostro. Doskonale wychodzi z suszonymi pomidorami i bazylią! lub śliwkami i orzechami:) potem w blaszkach chleby muszą rosnąć co najmniej 2 godziny (właściwie już prawie muszą wyłazić z blaszki). Najlepiej w słońcu przykryte ściereczką lub na kaloryferze w zimie, albo w ostateczności w piekarniku przy 50 stopniach. Wkłada się je do piekarnika stopniowo nagrzewając go od 100 stopni do 200 przez około godzinę. Po wyjęciu chleb musi być suchy i odstawać od blaszki. Blaszkę najlepiej wysmarować margaryną -próbowałam innych olejów, ale zawsze się przypalało.

piątek, 19 kwietnia 2013

Ciastka zbożowe z tym, co masz w szafce

Jestem mistrzem w stwarzaniu czegoś z niczego, mistrzem kulinarnej improwizacji - tak przynajmniej stwierdziła moja mama po zagądnięciu do mojej lodówki. Oskarżyła mnie o to, że nie dbam o chłopa, bo przecież lodówka musi być pełna, a nie "walić światłością po oczach":) Dobrze, że to mama a nie teściowa tak swoją drogą.... W każdym razie ja zawsze jej powtarzam, że doskonale poradziłabym sobie bez lodówki, po pierwsze dlatego, że jadam wszystko świeżo przyrządzone i ze świeżych składników; po drugie nie jadamy obydwoje wszelkiego nabiału i innych rzeczy wymagających przechowywania w zimnie; po trzecie lodówka służy mi do okresowego i krótkiego przechowywania mięsa i schładzania piwa, więc nawet lepiej jak nie jest pełna:) 
Ale w przeciwieństwie o lodówki, szafki ze zbożami, suszonymi owocami i orzechami i warzywno-owocowa spiżarnia muszą być zawsze pełne. I nie po to tylko właśnie, że jak przyjedzie mama trzeba coś zrobić, ale po to, że z tego właśnie korzystam w przygotowywaniu posiłków. I z zawartości tych szafek powstają różne cuda. Jednym z nich są ciastka zbożowe, które oczywiście jak na mnie przystało charakteryzują się zmiennością składników:) Zasadniczo bazą owych ciastek, których czas robienia ostatnio nie przekroczył u mnie 15 minut (!) są grube płatki owsiane, jęczmienne, amarantus lub ugotowana kasza jaglana. Do nich dodaję różne owoce (rodzynki, pokrojone daktyle, żurawinę i co mi się nawinie pod rękę) oraz orzechy (na podobnej zasadzie; te większe kroję), czasem zdarza mi się dosypać kakao i inuliny. No i to wiążę wodą z roztopionym ghee (mało masła!) i oczywiście mąką pełnoziarnistą (orkiszowa lub pszenna). Dla chętnych- odrobina cukru, najlepiej wychodzi z ksylitolem, ale też trzcinowy nie jest zły. Przyprawy: cynamon, kardamon, kolendra po szczypcie. Wszystkie składniki należy wymieszać porządnie i dosypywać mąki tak, by masa przybrała konsystencję ciasta, z którego da się z łatwością wyrobić kształtne ciastka. I te ciastka UWAGA: nie piekę w piekarniku, ale smażę w małej ilości oleju kokosowego na patelni (dlatego też da się je zrobić w 15 min). Są super chrupiące, szczególnie w miejscach gdzie się przypalą;p Na złoty kolor z obydwu stron - ciastka nie mogą być za grube, bo środek będzie surowy! Lepiej bardziej płaskie i dobrze je wypiec - wtedy są naprawdę pycha:) 
Ciacha zdecydowanie podwyższają kaphę - warto więc: nie dodawać ghee do ciasta; spróbować smażyć w minimalnej ilości oleju; dodać więcej przypraw.