poniedziałek, 9 grudnia 2013

Życie z alergią, czyli jak zrobisz szarlotkę bez jabłek:):):)

Przez cały czas wewnętrznej walki, by nie sięgnąć po coś "zakazanego", czyli uczulającego myślałam tylko o tym, kiedy przejdę z Młodym na pokarmy stałe i będę mogła sobie trochę ulżyć w tej ścisłej bądź co bądź diecie. Jakże bardzo się myliłam... Wprowadzanie produktów stałych do diety Malucha z alergią jest koszmarem - dla mnie i dla niego:) A może nawet więcej dla mnie:) Po pierwsze dlatego, że sama nigdy nie miałam alergii - po za jednym wyjątkiem: trochę kiepsko czuje się po drożdżach i ktoś mądry stwierdził, że to na pewno jest uczulenie i od tej pory już nic, co na drożdżach nie jadam; po drugie dlatego, że nie wiem czy jak Młody zrobi nie taką kupę jak powinien to jest kwestia uczulenia czy po prostu coś mu nie podeszło; po trzecie nie wiem jak radzić sobie z tym, że wysypka może się pojawiać nawet w tydzień po spożyciu jakiegoś pokarmu uczulającego... przecież nie będę prowadzić zeszyciku, w którym będę zapisywać ile łyżek cukru dodałam do siemienia i czy kaszę jaglaną zjadłam z kardamonem czy cynamonem... okazało się, że hipotetycznie wszystko może uczulać. Nawet kasza jaglana, wydawałoby się najzdrowszy produkt na świecie...nie mam czasu ani ochoty i nie jestem na tyle aptecznie skrupulatna, żeby zapisywać wszystko po co sięgam, ale ogarnięcie tego głową jest niemożliwe. Z każdym dniem pogłębiającej się wysypki biorę pod uwagę coraz to nowe produkty i wierzcie mi, że można oszaleć. Zrobiłam kilka dni tylko na ryżu i kaszy jaglanej, ale jedyne co tym osiągnęłam to to, że Mały płakał z głodu, bo moje mleko nie było zbyt odżywcze:) i było go mało, więc takie eksperymenty odkładam do lamusa. Próbowałam eliminować "podejrzane" produkty na jakiś tydzień czy dwa - nie trafiłam widocznie, bo nic to nie zmieniło. Przeleciałam przez wszystkie proszki do prania, płyny i inne gadżety, też bez zmian... Założę się, że to jest taka rzecz, której by nikt się nie spodziewał:) Szukając dalej musiałam modyfikować dostępne przepisy na takie, które mi podejdą. Generalnie kierowałam się zasadą, że jeżeli się da coś wymienić na to, co jest nieuczulające to należy to zrobić. Jeśli się nie da czymś wymienić, to należy zastąpić czymś podobnym lub o podobnych właściwościach. Czasem się udawało a czasem nie:) Przykładem może być szarlotka: otóż zachciało mi się szarlotki, zapomniałam tylko, że Młody nie może jest jabłek (ani ja tym samym) bo są w fazie testu.  Zrobiłam ciasto na spód - zamieniłam mąkę pszenną na ryżową, zamiast jajek całych dałam tylko żółtka (teraz daję już przepiórcze), ze śmietany w ogóle zrezygnowałam, zamiast cukru dałam syropu daktylowego a zamiast masła ghee - olej kokosowy. Wyszło super, więc uradowana zagniatam to ciasto i zabieram się za robienie nadzienia jabłkowego.... cholera... (i inne, szerzej określające mój ówczesny stan przekleństwa). Nie zamienię jabłek z szarlotki na nic innego!!!! dałam w końcu banana rozmiksowanego z jagodami i zagęściłam mąką ziemniaczaną. Ostatecznie złe nie wyszło, ale szczyt podniebnych doznań to też nie był... Życzę wszystkim, którzy borykają się z podobnymi wątpliwymi przyjemnościami dużo cierpliwości, poczucia humoru i wymyślnych kulinarnych doznań:):) Na szczęście w nieszczęściu tego mi nie brakuje...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz