poniedziałek, 14 lipca 2014

"Sklep ze zdrową żywnością" - fenomen nazwy

Wczoraj gdy poprosiłam męża o zakupy w sklepie ze zdrową żywnością przyszło mi na myśl jak ironiczne jest to stwierdzenie. Nazwa ta implikuje bowiem to, że wszystkie inne sklepy sprzedają żywność niezdrową. Nie twierdzę, że tak nie jest, ale to swoją drogą:) Ciekawi mnie kto jako pierwszy nadał taką nazwę sklepowi i jakie zyskał na tym powodzenie. Bo zapewne tak to wyglądało - ktoś sprytny wymyślił taką nazwę, by przyciągnąć klientów (któż nie kupi w sklepie ze ZDROWĄ żywnością) a kiedy nazwa zbudowała już swą silną pozycję zaczęła być wykorzystywana na określenie sklepów specjalizujących się w produktach eco itp itd. I stwierdzam, że problemem nie jest to, że ludzie tam kupują, bo sama tak robię, mimo, że produkty są dużo droższe niż normalnie w sklepie. Problemem jest to, że w normalnym sklepie sprzedaje się jakieś dziadostwo z milionem konserwantów i toną chemii - rzeczywiście nie można tego nazwać produktem dającym zdrowie. Wniosek, który sam się nasuwa - gdyby wszystkie koncerny spożywcze zaczęły produkować jedzenie pozbawione chemii i wprowadzały je w obieg bez tańszych acz chemicznych zamienników mielibyśmy możliwość codziennych zakupów może i droższych, ale na pewno zdrowszych. Uniknęlibyśmy w ten sposób płacenia za góry leków na wątrobę i wrzody itp itd i wizyty u gastrologów....No i nie dalibyśmy zarobić podwójnie właścicielom sklepów ze zdrową żywnością, którym płacimy dwukrotnie więcej tylko za to, że dany produkt posiada jakiś certyfikat "eco" gdy tymczasem wszystkie produkty powinny takie być!!! Koniec i kropka:)

sobota, 12 lipca 2014

Ciasto wymyślunkowe z czarnymi porzeczkami:)

Kupiłam niedawno 15 kg czarnych porzeczek - moich ulubionych owoców. To dziwne jak na pittę, bowiem porzeczki są przecież kwaśne, ale cóż na to poradzę;) Nie powinnam ich jeść za dużo, ale gdy przyjdzie sezon nie sposób się opamiętać. Zrobiłam więc zapas słoiczków dżemowych, zamroziłam ile zmieściło się z zamrażarce i zjadłam ile zmieściło się w brzuchu i powstało pytanie co z resztą:) Zagotowałam je z daktylami, dodałam szczyptę imbiru, chilli i kardamonu myśląc, że będzie to do zjedzenia:) Okazało się, że samo niekoniecznie... Trzeba było dorobić jakąś bazę. Jak zwykle wygrzebałam z szafki i wymieszałam w dużej misce: po garści zmielonych pestek z dyni i migdałów, garść siemienia lnianego, rozpaćkanego banana, pół szklanki oleju, 2 szklanki mąki orkiszowej i pół jaglanej, 2 żółtka, trochę jagód (akurat miałam pod ręką) i podlałam minimalnie wody żeby związać ciasto. Upiekłam ten twór i pokryłam go warstwą "kremu" z porzeczki - wyszło kapitalne! Zrobiłam wersję bezcukrową, ale zawsze przecież można dodać. 
Tylko ostrożnie z ciastem dla pitty (ja trochę przesadziłąm>...)