środa, 26 listopada 2014

Placki amarantusowe z pietruszką i imbirem

Kiedyś zrobiłam ciekawe ciasto i miałam zrobić wpis z przepisem na nie, ale pomyślałam, że dodam zdjęcie. Tak schodzi z obróbką tego zdjęcia, że w końcu zapomniałam w ogóle z czego to ciasto zrobiłam.... pomyślałam sobie zatem, że tych placuszków nie może tu zabraknąć, pal sześć ze zdjęciem... ja wiem, że wszyscy lubią tak kolorowo i w ogóle ładnie, ale ja jestem człowiek konkretny i niestety nigdy nie przejmowałam się zbyt estetyką (najlepszym dowodem na to jest jedyna 4 z "dwoma minusami" w indeksie - dostałam ją z estetyki właśnie:) ) Obiecuję jednak, że jak troszkę bardziej zaprzyjaźnię się z aparatem (obawiam się, że być może to nigdy nie nastąpi...) lub będę miała troszkę więcej czasu na tego typu mniej konkretne zadania (obawiam się, że z tym może być podobnie) zacznę uzupełniać wpisy stosownym doń zdjęciem:)
Na chwilę obecną musi Wam wystarczyć trochę wyobraźni. Dzisiejszy mój wymysł brzmi następująco: zrobiłam sos z czarnej soczewicy i warzyw i trzeba było wymyślić coś, z czym moglibyśmy go z synem zjeść. Z racji tego, że jesteśmy weganami bezglutenowymi, wierzcie mi, że to wcale nie jest taka prosta sprawa, jak ciągle przewija się kilka rodzajów kasz i fasoli.... Wpadłam na pomysł placuszków z mąki amarantusowej wymieszanej pół na pół z jaglaną. Do mąki dodałam wody, tak, żeby zawiązać ciasto, dosoliłam szczyptę i od tego momentu zaczęło się kombinowanie. Co by tu dodać? Wszystkie szafki poszły w ruch, ale ostatecznie skończyło się na wciśnięciu do ciasta kawałka świeżego imbiru (dosłownie wciśnięciu, w sensie soku) i dodaniu drobniutko posiekanej pietruszki (natki). Po wyrobieniu ciasta na małe placuszki (ręką, wałkiem się nie dało) o średnicy ok. 4 cm smażyłam je na płytkim tłuszczu po 10 - 12 min na każdą stronę. 
Młody zjadł z chęcią także chyba jest dobre:):)

środa, 19 listopada 2014

zabójcze alergie

Dziś dowiedziałam się o dziewczynce, która zmarła w wyniku spożycia 3 czekoladek z orzechami arachidowymi, na które była silnie uczulona. Nie znam do końca szczegółów, ale pewne jest, że orzechy te są silnymi alergenami i informacja o nich musi być widoczna na etykiecie produktu. Podobnie jak sezam, czarna gorczyca, orzechy włoskie, seler o mleku nie wspominając... Rodzi się coraz więcej dzieci z alergiami, coraz częściej słyszę o przypadkach silnych alergii (mój syn ma na szczęście "tylko" wysypki skórne i AZS) a są dzieci z obrzękiem krtani, dusznościami, puchliną, brakiem oddechu czy wreszcie narażone na wstrząs anafilaktyczny w wyniku spożycia alergenu. I tu pojawiają się dwie kwestie: po pierwsze małemu dziecku w okresie podawania jakiegoś produktu po raz pierwszy, szczególnie gdy ma tendencję do nietolerancji pokarmowej, koniecznie należy podawać  ten produkt w BARDZO MAŁEJ ILOŚCI, tak, by organizm mógł sobie z tym poradzić (choć jak pokazuje ostatni przypadek nawet bardzo mała ilość może doprowadzić do najgorszego...). Po drugie, jeśli już wiadomo, że dziecko ma alergię na coś, należy niezwykle uważnie czytać etykiety i nie spożywać produktu jeśli jest na jego etykiecie chociażby wzmianka o zawartości danego alergenu (jak widać na przykładzie wzmianka o śladowych ilościach alergenu nie pokrywa się z prawdą o jego prawdziwej ilości w produkcie, więc lepiej dmuchać na zimne...). Swoją drogą znam z życia dwa przykłady potwierdzające powyższe myśli: synek znajomego (niecałe 1,5 roku) zjadł dosłownie gryza chałwy i ledwo go odratowani z uwagi na duszenie - obrzęk krtani. Z kolei znajoma, która wiedziała, że jej dziecko jest uczulone na olej rzepakowy napisała maila z prośbą o podanie składu do firmy produkującej paluszki, bo na etykiecie było napisane, że są produkowane na olejach roślinnych. No dobrze, ale na jakich konkretnie, bo takowych jest dużo rodzajów? Odpowiedzi nie dostała, ale dobrze, że nie dała córce tego produktu, bo po jakimś czasie na etykietach zaczął widnieć olej rzepakowy - ktoś się widocznie za to wziął i firma musiała uwzględnić, że ktoś może przez jej głupotę nawet stracić życie. Rodzice uważajcie... 
P.S. Wymądrzam się a dziś zamierzam dziecku po raz pierwszy dać czarną fasolę i to w ilości większej niż sprawdzająca łyżeczka:) Ale myślę, że jak toleruje wszystkie inne fasole to i z tą nie będzie problemu:)

wpływ reklam na moje zdrowie psychiczne...

...jest ogromny. Coś mnie trafia jak po raz kolejny słyszę reklamę suplementu diety z wit D dla kobiet w ciąży, w której "widać, że 8 tygodniowe dziecko (sic!!!!!) ma już zdrowe kości". Wziąwszy pod uwagę, że płód ma wtedy ok 3 cm i układ szkieletowy zbudowany z chrząstki rzeczywiście lekarz z całą pewnością może to stwierdzić. Albo reklama syropków na kaszel dla dzieci: "mamo dlaczego piję ten syropek?" "bo jest pyszny i da ci odporność" - największa bzdura na świecie. Jak coś jest pyszne, to znaczy, że dodali do tego jakiegoś glukozowo-fruktozowego świństwa i na pewno nie podniesie to odporności. Daj kobieto temu dziecku aronii, która rzeczywiście podnosi odporność i zobaczysz czy tak mu posmakuje. Kolejna reklama środków na przeczyszczenie zatok, który zawiera w swoim składzie dużo imbiru. Nie lepiej kupić po prostu imbir bez chemii i go zjeść??? Przykłady można mnożyć i mnożyć. W zasadzie pewnie zauważyliście że 9 na 10 reklam to są reklamy leków bądź suplementów diety. I najgorsze jest to, że skoro są takie reklamy to znaczy, że ktoś tą całą złudę kupuje...
Dla zdrowia moich nerwów powinnam już dawno wyłączyć radio i internet. Albo wyłączyć słuch w momencie, kiedy lecą na antenie reklamy. Wam radzę zrobić podobnie... 

sobota, 15 listopada 2014

okresowe zaburzenia

Tak się złożyło, że w tym samym czasie dostałam dwa maile od różnych osób z tym samym pytaniem o naturalne sposoby regulowania okresu. U jednej z osób problem dotyczył podwyższonego poziomu testosteronu u drugiej niedożywienia - obydwie okresu nie miały już jakiś czas. 
W pierwszym przypadku sedno tkwi w zaburzeniach energii pitta - być może spowodowanych złą dietą, być może emocjami wzburzającymi pittę a być może po prostu ze sposobu życia rozregulowującego prawidłową gospodarkę hormonalną - remedium powinna być dieta wyhamowująca pittę, kuracja sokiem aloesowym i shatavari. Poleciłam też picie kopru włoskiego i stronkę http://home-cure.net/ayurveda-amenorrhoea/, na której można znaleźć nazwy indyjskich specyfików na tę przypadłość. 
Drugi przypadek ewidentnie dotyczy anemii, być może już w zaawansowanej formie. Poleciłam naturalną suplementację wit B12 i kwasem foliowym (np. spirulina albo chlorella), wzbogacenie diety w łatwo przyswajalne i pełnowartościowe białko roślinne z quinoa, spożycie większej ilości żelaza (np. żółtka, quinoa, amarantus, natka pietruszki, warzywa strączkowe), doprawianie potraw kurkumą lub szafranem oraz herbatkę z kopru włoskiego lub lukrecji.  No i oczywiście shatavari - genialne na tego typu przypadłości (sprawdzone na własnej skórze:)
Jak ze wszystkim niestety potrzeba czasu, żeby organizm się zregenerował. Życzę zatem cierpliwości tym, których problem dotyczy, ale nie martwcie się, organizm to naprawdę sprytna bestia i jak tylko trochę mu pomożecie na pewno da sobie radę i normalność wróci:)