wtorek, 22 grudnia 2015

nie ma jak u mamy

Jak jedno tak wyjść z mamy nie chciało tak i drugie koczuje w brzuchu i miejsce na pyszne rzeczy zajmuje:) "To jeszcze się nie rozdwoiłaś"? - pytanie, które słyszę codziennie już zaczyna mnie denerwować, bo Młoda najwyraźniej idzie w ślady brata i wcale nie garnie się na świat:)
Pomyślałam, że warto zatem podpowiedzieć choć trochę mamom w podobnej sytuacji albo w ogóle osobom z małą przepustowością (tak to ładnie nazwijmy) i innymi dolegliwościami trawiennymi jak przeżyć te Święta bez zbytniego obciążenia układu trawiennego. Zgaga, niestrawność, odbijanie, uporczywe gazy to niestety tylko początek góry lodowej - to, co się dzieje w środku jest dużo gorsze, a złogi, które powstaną z tak niskiego metabolizmu mogą być trudne do usunięcia, szczególnie, że powrót do formy trochę jednak zajmuje:) Po pierwsze i najważniejsze: nie wolno ci się przejadać (o co przy tak małym żołądku naprawdę nie trudno). Po drugie może zabrzmi to głupio, ale nawet na wigilii u mamy warto spożywać tylko przez siebie wykonane, z wiadomych składników i świeże dania - zrób sobie dwa dania ale tego samego dnia je zjedz, a nie licz na nawet najpyszniejsze na świecie rozmrażane pierogi z kapustą i grzybami...! Wszystkie ciężkostrawne dania wigilijne zastąp leciutkim barszczykiem na zakwasie i pierożkami ze śliwką z mąki gryczanej. Pij kompot z suszu, ale dodawaj do niego imbiru lub pieprzu. Jeśli uprzesz się na rybę unikaj śledzi, ryb w panierce, karpia i łososia - przygotuj sobie solę z wody z odrobiną żurawiny. Nie widzisz w ogóle wigilii bez śledzia? Zjedz go przynajmniej bez żadnego sosu a już na pewno nie z jajkiem, śmietaną czy jabłkiem! Starannie łącz pokarmy, a najlepiej rób sobie dwu-trzy godzinne przerwy między różnego rodzaju posiłkami - żołądek już powinien uporać się z ostatnią dawką, a jeszcze nie będzie mdłości. Pod żadnym pozorem nie jedz sosu grzybowego (chyba, że chcesz, żeby niestrawność dogoniła cie wcześniej niż odejdziesz od stołu). unikaj sałatek wieloskładnikowych i tych z majonezem. Jeśli jesz mięso daruj sobie dziczyznę, czerwone mięso, baraninę i wieprzowinę - są wyjątkowo ciężkostrawne. Lepiej zrób sobie gotowanego królika. Nie popijaj jedzenia - woda na co najmniej półtorej godziny po posiłku. Podobnie ciężkostrawne i nie na teraz są wszystkie świąteczne łakocie - lepiej zrób sobie lekki deser z suszonych owoców lub pieczone jabłko z miodem. Ostatecznie szarlotka też się nadaje:) I dużo się ruszaj - pogoda sprzyja, nie jest zimno więc nogi za pas i na długi spacer, a po nim rozgrzewająca woda z imbirem na podkręcenie metabolizmu.
A jak przesadzisz i będzie ci bardzo źle zjedz po szczypcie pieprzu czarnego, cayenne i sproszkowanego imbiru wymieszanego z łyżeczką miodu i nie nic po za tym aż nie poczujesz znowu głodu.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Łącz pokarmy z głową... część IV strączki i jajka

Połączyłam je w jedną kategorię, ponieważ należą do dobrych źródeł białka a jednocześnie do produktów, z którymi niewiele można pokombinować. Chyba większe ograniczenia dotyczą jajek; nie powinno się łączyć ich z owocami, fasolami, serem, rybami, kichadi, nabiałem, mięsem i jogurtem, czyli w zasadzie prawie ze wszystkim...proponuję zrobić test polegający na spożyciu jajek z kaszą posypaną startym serem i kefirem i policzeniu gazów, które po tym połączeniu się wydzielają:) Od razu odechciewa się kombinacji:) zatem jaja jemy same lub ze zbożami - co z kolei zmniejsza przyswajalność żelaza zawartego z żółtku, więc też na dłuższą metę nie ma za bardzo sensu:)
Warzywa strączkowe można spokojnie łączyć z innymi warzywami i oczywiście ze zbożami, a nawet wychodzi to na dobre. W porządku są też z niektórymi nasionami jak np. sezam. Nie dobre do połączenia z nimi będą: wszystkie owoce, sery, jajka, ryby, mleko, mięso, orzechy - szczególnie brazylijskie i nerkowce czy jogurt. Przyjrzyjcie się zatem zawsze składowi sałatki ze strączkami, którą zamierzacie zjeść ze smakiem, czy aby na pewno wyjdzie na zdrowie:)

niedziela, 15 listopada 2015

Łącz pokarmy z głową... część III warzywa i owoce


Owoce królują w naszym codziennym jadłospisie nad warzywami a zdecydowanie powinno być odwrotnie. Owoce to grupa wspomagająca, wspierająca a nie bazowa. Realizując obowiązujące normy żywieniowe, w których warzywa i owoce są połączone w jedną grupę i zalecane w ilości 5-6 porcji, przeciętna człowiek konsumuje 4 czy 5 porcji owoców i jedno warzywo w sałatce do obiadu „odhaczając” dzienne zapotrzebowanie. Błąd. Owoce są potrzebne i są wartościowe, z tym nie mogę polemizować, ale zawierają przy tym dużo cukru. Kolejny błąd, o którym dziś, to dodawanie owoców do różnych posiłków, łącząc je ze zbożami, warzywami czy co gorsza z nabiałem, podczas gdy powinny być konsumowane osobno w postaci przekąski, a szczególnie surowe. Ma to związek z silną fermentacją w procesie ich trawienia – nic, co zostanie zjedzone z surowym owocem nie zostanie strawione prawidłowo. Do łączenia również z innymi owocami nie nadają się w szczególności gruszki, jabłka, brzoskwinie i śliwki z naszych sadów i melony, papaje, arbuz (który jest właściwie warzywem) i mango z upraw rejonów tropikalnych (a co dopiero z jogurtem!). 

Co do warzyw sprawa wydaje się dużo prostsza:) Zarówno zielonoliściaste, kapustne, cebulowe, dyniowate jak i większość korzeniowych można dowolnie komponować. Spore ograniczenia dotyczą tylko rzodkiewki, której nie można łączyć z nabiałem a także z bananami, jabłkami czy rodzynkami. 

Słynna rodzina psiankowatych stwarza najwięcej problemów. Generalnie powinno się w ogóle unikać bakłażanów, pomidorów, papryki, po pierwsze ze wzgędu na zawartość solaniny a po drugie ze względu na ich ciężkostrawność. Jeśli już, to nie wolno łączyć ich z ogórkiem, nabiałem, mięsem i cytryną.

czwartek, 12 listopada 2015

Łącz pokarmy z głową... część II mięso

Sama mięsożerna nie jestem, ale mając mężczyzn w domu jestem niejako przyzwyczajona do tego, że jest obecne w moim życiu. Na nieszczęście:) Ideałem byłoby rozdzielenie białka od węglowodanów do czego namawiam rękami i nogami, ale często, z racji przyzwyczajeń wyciągniętych z domu jest to nieosiągalne, nawet po tylu latach:) Dlatego też na ile mogę staram się mięso podawać z warzywami unikając ziemniaków. I to tyle z właściwego połączenia. Biorąc pod uwagę fakt, że mięso, jak każde białko, trawi się w środowisku kwaśnym, ale "gryzie" się z jajkiem, nabiałem i orzechami niestety nic innego jaj niskowęglowodanowe warzywa i tłuszcz po prostu się nie nadaje. Mięso w połączeniu z owocami jest jeszcze gorszym pomysłem, chyba, że jest to avocado lub kwaśna borówka czy żurawina. Inne owoce będą fermentować w żołądku czekając 3 godziny na swoją kolej do strawienia w dwunastnicy. I wreszcie połączenie mięsa z napojami, szczególnie sokami i gazowanymi to kolejny szok dla narządów trawiennych. W odstawkę powinny pójść wszystkie nawyki w stylu kanapka z kiełbasą, spagetti, schabowy z ziemniakami, sałatki z ravioli, pizze, kebaby, łazanki i mogę wymieniać tak dalej...  trudno? no pewnie, że dla kogoś przyzwyczajonego do tego typu żywienia trudno, ale nie znaczy to, że niewykonalne. Pocieszające (albo i nie) jest to, że również dietetycy i "fani zdrowego jedzenia" popełniają dokładnie te same błędy gotując pierś z indyka z ryżem lub podając ją z sosem jogurtowym. Mięsożercy przypatrzcie się teraz swoim posiłkom - spróbujcie wyeliminować z nich wszystkie niekoniecznie dobre połączenia typu mięso z jajkiem, jogurtem, rybą, ziemniakami itd, a zobaczycie jak zmieni się wasze trawienie i wydalanie. Koniec z gazami o fetorze nie do wytrzymania, koniec z przelewaniem i  dziwnymi odgłosami burczenia w brzuchu, wreszcie początek prawidłowych, nie powalających zapachem wydalin ciała (pot, mocz, kał) i normalnej barwy moczu...Powodzenia:)

środa, 11 listopada 2015

Łącz pokarmy z głową... część I nabiał

Im więcej przeglądam kulinarnych blogów i innych portali, na których ludzie dzielą się swoimi kuchennymi wyczynami tym bardziej dochodzę do wniosku, że robią sobie i innym "użytkownikom" przepisów krzywdę. Nie jestem osobą z natury krytykującą innych, bo wiem ile pracy, wysiłku, czasu trzeba włożyć w jakąś pracę, którą potem dzielę się bezinteresownie z innymi, ale z drugiej strony przeraża mnie nieświadomość i niewiedza zdrowotna, która szeroko króluje w internecie. Dawniej jakoś przymykałam na to oko, ale jak ostatnio weszłam na jakiś portal z zaleceniami dietetycznymi dla kobiet w ciąży to mi się aż uszy zjeżyły. Gdybym nie miała własnej głowy i posłuchała tego, co autorzy chcieli przekazać, to chyba nie zjadłabym z powodu niestrawności przez następne kilka dni a wątroba przygniotłaby moje już 2 kilowe niemałe dziecko:) Postanowiłam zatem napisać to i owo - być może jakiejś świadomej mamie (ale i nie tylko) uda się uniknąć gastrycznych problemów a potem długiego detoksu, żeby to wszystko, co nie strawione z siebie wyrzucić. 
Przede wszystkim pod lupę na pierwszy rzut biorę nabiał, bo to jest najczęściej popełniany błąd, który odbija się na zdrowiu wszystkich jedzących nabiał z owocami - NIE WOLNO łączyć przetworów mlecznych z jakimkolwiek owocem! a już na pewno nie z bananem, truskawką czy mango. Dla naszych układów pokarmowych takie kombinacje są po prostu nie do przejścia - wszystko zamiast się trawić fermentuje w brzuchu i zaburza prawidłowe funkcje trawienne. Skąd moje dziecko ma takie gazy? - często słyszę od swoich pacjentek. A co jadło na śniadanie? - pytam Twarożek z truskawkami, malinami i gruszką.... dla mnie odpowiedź jest jednoznaczna - to nie może się prawidłowo strawić:( Podobnie jak produkty mleczne z warzywami, a w szczególności z pomidorem, ogórkiem czy rzodkiewką. Więcej zachodu niż pożytku.
Zsiadłe mleko z ziemniakami, które tak uwielbiam, też nie są najlepszym połączeniem dostosowanym do możliwości organizmu - ludzie jadali tak niestety przez wiele wieków z czysto ekonomicznego puntu widzenia. 
Spożywanie produktów mlecznych z mięsem, rybami czy jajami jest jeszcze gorszym pomysłem niźli z warzywami. Czy na samą myśl o tym, żeby zjeść schabowego popijając go maślanką nie jest wam niedobrze??? To prawidłowy odruch organizmu - powinien również występować po zjedzeniu kanapki z wędliną (co też nie jest rewelacyjnym pomysłem żywieniowym) i chęci popicia jej kakao lub jogurtem. A teraz zobaczcie skład podstawowych sałatek w wielu restauracjach itd, np. sałatka grecka - nie dość, że pomidor z ogórkiem tworzą bardzo niedobraną parę to jeszcze do trójkąta dodają ser feta. Zupełne nieporozumienie, przynajmniej pod kątem strawności owej sałatki. Inny przykład: popularne pomidory z mozarellą (dobrze, że chociaż pieprz dodadzą, trochę ulży temu żołądkowi). Można mnożyć i mnożyć podobne cholernie popularne błędy - a im bardziej oryginalna kompozycja tym bardziej niestrawna (ostatnio spotkałam się z mieszanką dosłownie wszystkiego, bo były w niej orzechy włoskie, kuskus, ser feta, pomidory, szynka i żółtka jaj... - kombinację pozostawiam bez komentarza). 
Mniejsza o to, kiedy do takich ciekawych kompozycji dobierze się facet w sile wieku najlepiej o konstytucji pitta - zapewne większość strawi, co najwyżej trochę mu się poodbija. Ale kobieta wata lub kapha przez następne kilka godzin będzie z mozołem radzić sobie ze strawieniem chociażby części; reszta odłoży się lub będzie ją dręczyła w postaci wybujałej fermentacji, gazów, niestrawności, wreszcie problemów z wydaleniem, złym samopoczuciem i wypryskami na twarzy. Nie mówiąc już o tym, ja zareaguje na kompozycję dziecko.... 

piątek, 23 października 2015

zwapniałe poglądy na wapń:)

Biorąc pod uwagę wapń, fikcja miesza się z prawdą – jedni specjaliści namawiają nas do spożywania dużej ilości nabiału i mięsa, które teoretycznie zawierają duże ilości tego pierwiastka, a inni powiedzą, że owszem, może i ten wapń jest, ale nie w takich dużych ilościach lub nieprzyswajalny dla ludzkiego organizmu i w dodatku bez witaminy K2 może przynieść to więcej szkody niż pożytku (odsyłam do świetnej pozycji T.C.Campbella "Nowoczesne zasady odżywiania", gdzie mechanizm transformacji witaminy D w środowisku kwaśnym po spożyciu produktów mięsnych i jej rola w przyswajaniu wapnia jest perfekcyjnie wytłumaczony). Granica prawdy i fałszu jest krucha i w zasadzie nie wiadomo, gdzie przebiega. Spożywanie mleka i produktów mlekopochodnych ma swoje za i przeciw; jednym z za jest obecność wapnia i innych pierwiastków (choć istnieją badania wskazujące na to, że picie mleka pogarsza stan kości!), ale zdecydowanie więcej jest przeciw, jak chociażby to, że dla wielu dorosłych ludzi mleko jest po prostu niestrawne z powodu braku laktazy, enzymu trawiącego laktozę. Zdecydowanie lepszym pomysłem jest spożywanie maku i niełuszczonego ziarna sezamu lub migdałów. Można również uzupełniać ten pierwiastek pijąc napoje zbożowe wzbogacone algami morskimi. Fasole, szczególnie jaś czy pinto oraz soja (której nie polecam) zawierają  dużo wapnia podobnie jak warzywa kapustne, jarmuż, rzepa, brokuły, koper włoski. Niektóre substancje, takie jak wit. A, D i E oraz magnez pomagają w absorpcji wapnia i wchłanianiu go do kości; inne, takie jak kwas szczawiowy (zawiera go np. szpinak, rabarbar lub boćwina), solanina (np. w ziemniakach, pomidorach, papryce), cukier, sól, herbata, kawa i fosforany (znajdujące się w dodatkach do żywności) wręcz przeciwnie.
Kluczowym problemem jeśli chodzi o wapń jest to, że nie chodzi wcale o podaż wapnia tylko o jego przyswajalność przez organizm i odkładanie wapnia we właściwych dla niego miejscach, czyli kościach i zębach, a nie tętnicach (zwapnienie tętnic). Warto zdać sobie sprawę z tego, że kości składają się nie tylko z wapnia, ale także z co najmniej 11 innych minerałów – podając organizmowi tylko wapń w skoncentrowanej formie równowaga zostaje zachwiana i organizm nie jest w stanie przeprowadzić prawidłowej reakcji budowania kośćca. Za dużo wapnia jest tak samo szkodliwe, jak jego braki. A wapń dodawany jest teraz do wszystkich fortyfikowanych produktów – jest w płatkach śniadaniowych, napojach zbożowych, słodyczach, sokach itd. Dodatkowo zbyt duża podaż wapnia powoduje zachwianie delikatnej gospodarki minerałami a w szczególności zaburza równowagę między wapniem a magnezem. To z kolei prowadzi do dysfunkcji tzw. pompy sodowo-potasowej i pociąga za sobą szereg zaburzeń.
Jest jeszcze jedna ważna kwestia: wapń jest przekierowywany do kości i zębów tylko w obecności „aktywatora” jakim jest witamina K2 (menachinon). Im więcej wapnia lub witaminy D3 w organizmie, tym więcej potrzebuje on witaminy K2 do jego prawidłowego przetransportowania i wchłonięcia w odpowiednie miejsce (do kości a nie do tętnic). Suplementacja wapnia pociąga za sobą również sztuczne uzupełnianie witaminy K2.
Naturalnymi źródłami K2 są przede wszystkim produkty pochodzenia zwierzęcego – żółtka jaj, wątroba, mięso ale też w produktach sfermentowanych np. w natto (produkt ze sfermentowanych nasion soi) lub kapuście kiszonej.
I tu prośba do kobiet w ciąży i matek karmiących - nie dajcie się zwariować i nie bierzcie tony zupełnie zbędnych suplementów... pomyślcie o naturalnym wapniu:)



poniedziałek, 5 października 2015

Jak wrócić do świata żywych po zatruciu pokarmowym...

      

Oj dopadło mnie w piątek porządnie. Mała ugniata już ze wszystkich stron i sadzi kopniak za kopniakiem a tu jeszcze cała noc i cały dzień od łóżka do łazienki:( Nie myślałam o śnie tylko o tym, żeby ani siebie ani jej nie odwodnić. Picie wody powodowało skutek wręcz odwrotny, ale w końcu udało się przyswoić choć trochę - musiałam pić z łyżeczki co minutę:)

Ajurweda ma w zanadrzu kilka porad na taki nieprzyjemne dolegliwości - u mnie niestety nic nie pomogło tylko i wyłącznie dwudniowa głodówka z dużą ilością bardzo ciepłej wody.

Zacznijmy od tego, że nie wolno się przejadać – należy pamiętać, że w ciąży żołądek znajduje się dużo wyżej niż w normalnej kondycji i jest mniej pomiestny.

Jeśli dojdzie do niestrawności to natychmiastową ulgę przyniesie szczypta sody oczyszczonej dodana do dwóch łyżek soku z aloesu lub sam sok z aloesu. Alternatywą jest musująca mikstura z połowy łyżeczki sody, 10 kropli soku z cytryny i pół łyżeczki organicznego cukru. Można również spróbować zjeść namoczone na noc i obrane ze skórki migdały.

W przypadku chronicznej niestrawności, zgagi lub biegunki należy jeść codziennie rano kilka fig i nie popijać ich niczym przez ponad godzinę.

Jeśli dojdzie już do nudności, niestrawności i wymiotów należy zrobić miksturę z soku z cytryny z miodem w równych częściach. Można też posłużyć się herbatką imbirową (u mnie podziałało natychmiast, ale w drugą stronę:) Można też spróbować wycisnąć sok z limonki, zmieszać go z filiżanką ciepłej wody i pół łyżeczki sody oczyszczonej.

Na wydalenie zatrzymanych gazów pomoże mieszanka szklanki ciepłej wody, łyżki soku z cytryny z połową łyżeczki sody oczyszczonej. Miksturę należy zamieszać i wypić szybko (mieszanka zawiera dwutlenek węgla). Polecana jest także filiżanka soku z pomarańczy ze szczyptą ajwanu i asafetydy lub filiżanka soku pomidorowego wymieszana z ¼ łyżeczki czarnego pieprzu, szczyptą asafetydy i szczyptą soli.

Aby zwiększyć apetyt można na 5 minut przed posiłkiem spożyć łyżeczkę miodu ze szczyptą sproszkowanych goździków i ¼ łyżeczki pieprzu czarnego. Albo poczekać jak sam wroci:)

niedziela, 27 września 2015

Kilka spostrzeżeń na temat kwasów omega 3


Kwas omega-3, czyli kwas alfa – linolenowy należy do tzw. niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych – jest konieczny do wzrostu, rozwoju mózgu, zmniejsza stany zapalne, poprawia stan zdrowia skóry oraz pomaga w tworzeniu błon śluzowych w żołądku i jelitach. Jest zatem pewne, że każdy powinien go spożywać, a już kobiety w ciąży szczególnie powinny zrócić uwagę na jego obecność w diecie. Kwas ten w organizmie przekształca się w swoje ostateczne formy długołańcuchowe: kwas eikozapentaenowy (EPA) i dokozaheksaenowy (DHA). „Gotowe” EPA i DHA (które nie są niezbędne, bo niezbędna jest pierwotne wersja czyli omega-3) zawierają tłuszcze zwierzęce: ryby, oleje z ich wątrób i nabiał. Mimo tego, że maksymalny dopuszczalny poziom zanieczyszczeń w olejach rybnych regulowany jest przepisami unijnymi i w teorii do sklepów powinny trafiać produkty oczyszczone lub specjalnie wyselekcjonowane, nie wierzę w to, że w oleju z wątrób ryb w ogóle nie ma ołowiu, rtęci czy kadmu – ciężkich karcynogennych metali. Denerwuje mnie zatem, jak ktoś mi doradza, żeby jeść dużo ryb, bo to dla maluszka... Kobietom w ciąży np. poleca się zatem olej z alg, który ma zbliżone parametry jakościowe do oleju rybnego. 
Konwersji omega-3 do EPA i DHA w organizmie można pomóc spożywając odpowiednią dawkę kwasu omega-3 (1,1 gr dla kobiet; 1,6 gr dla mężczyzn) zwracając uwagę na jego stosunek do wszędobylskiego omega-6 (według badań powinien znajdować się w przedziale 2:1 a 4:1, a w dzisiejszej diecie wynosić może aż 40:1!). Ten ostatni, czyli kwas linolowy, przeważa niestety w diecie naszych czasów (również w diecie roślinnej, gdyż jego duże ilości występują w nasionach, pestkach i zbożach) a jego nadmierne spożycie powoduje zachwianie równowagi immunologicznej i przyczynia się do zwiększenia częstotliwości stanów zapalnych (choć są różne teorie na ten temat). 

Dobrym roślinnym źródłem kwasu omega-3 jest olej lniany nieoczyszczony, olej z wiesiołka (ma też kwasy omega-6), olej z lnianki (rydzowy) czy olej z orzecha włoskiego. Oleje należy spożywać wyłącznie na zimno! Kupując je należy zwrócić uwagę na kilka kwestii: 

- olej musi być w szklanej i ciemnej butelce, gdyż kwasy omega-3 są wrażliwe na światło

- olej musi być wytłaczany w niskiej temperaturze a nie uzyskiwany przy pomocy ekstrakcji chemicznej w wysokiej temperaturze

- olej powinien mieć krótki termin przydatności do spożycia – kwasy omega szybko się utleniają, więc im jest ich więcej tym olej będzie miał krótszy termin ważności; często aby zwiększyć okres przydatności do oleju dodawana jest sztuczna witamina E – przeciwutleniacz

- nie radzę kupować olejów na targu czy straganie, gdyż narażone są na bezpośrednie działanie światła słonecznego i temperatury, przez co tracą swoje cenne właściwości (chyba, że sprzedawane są w zimie w ciemnych, szklanych butelkach). Dodatkowo, może się zdarzyć, że zostaną wyprodukowane z odmiany nasion o mniejszej zawartości omawianego kwasu lub z nasion w jakiś sposób uszkodzonych (np. przez gryzonie).








piątek, 28 sierpnia 2015

canihua żelaznym wybawieniem ciążarnych

X lat temu na zajęciach z prof. Krzanowskim o mieszkańcach Andów mieliśmy warsztat z uprawnej roślinności andyjskiej. Nie za bardzo wtedy mnie to interesowało, ale niedawno, robiąc porządki w biurku, znalazłam notatki z tamtych wykładów. Jakże ucieszyłam się na widok kartek z podkreślanymi wszystkimi możliwymi kolorami nazw jadalnych roślin z dużą zawartością żelaza. "Kaniłłę" jadaliśmy już z synem wcześniej, ze względu na (podobnie jak u quinoi) dużą zawartość pełnowartościowego białka i wielu składników mineralnych. Ale zupełnie przeoczyłam fakt, że w 100 gramach canihua mieści się prawie całe dobowe zapotrzebowanie na żelazo!!! A teraz, stojąc przed "niebywałą przyjemnością" łykania tabletek z żelazem (ginekolog co chwilę załamuje ręce na widok mojej hemoglobiny:) jest to dla mnie, a być może dla wielu innych ciężarnych, niezmiernie istotna informacja. Co prawda ile z tej dawki żelaza się wchłonie to kwestia dodatkowych rozważań, ale jest już jakaś potężna wegańska alternatywa dla zakwasu buraczanego i soku z pietruszki:)

nogi do góry:)

Problem opuchniętych i obrzękniętych nóg pojawia się nie tylko w upały, ale jest obecny niestety w większości przypadków w stanie błogosławionym (już wielokrotnie zastanawiałam się kto wpadł na tak genialny pomysł, żeby tak właśnie nazwać wszechbolącą ciążę:)). Wszystko za sprawą krążenia żylno-limfatycznego oraz zatrzymanie wody w organizmie. Z tą wodą to jest trochę logiczne, gdzieś rezerwa musi się gromadzić, szczególnie, jak ktoś pije mało wody - wtedy tendencja do akumulacji jest duża, bo organizm broni się przed jej utratą. Zatem w upały należy pić dużo ciepłej wody i zjadać dużo soczystych owoców (arbuz, jabłka gruszki) oraz warzyw ściągających wodę z organizmu (np. seler, pietruszka, liście kolendry, koper)
Osobom z wysokim ciśnieniem krwi, które potrzebują środka moczopędnego, ale takiego, by nie wypłukał sodu i potasu, polecana jest mikstura z filiżanki wody kokosowej, 2 łyżeczek soku z limonki i filiżanki soku z ogórka.
Najwięcej wody, w małych ilościach, ale często, powinno się pić do południa, tak, by przez resztę dnia mogła spokojnie zostać wyewakuowana z organizmu. Częstym błędem jest picie całej butelki wody na raz i to jeszcze wieczorem, po tym, jak delikwent przypomni sobie, że przez cały pracowity dzień wypił jedną szklankę wody... było tyle obowiązków że zapomniałem/am się napić - taka wymówka gwarantuje wieczorne obrzęki:)
Jeśli chodzi natomiast o krążenie to najlepszą metodą jego pobudzenia jest ruch. Ale jak tu ruszać się w 40 to stopniowym upale? Polecam sesje stretchingu w leśnym cieniu:) Rozciąganie pobudzi i dotleni mięśnie, a zwiększone krążenie limfy odprowadzi nadmiar wody z mięśni. Dobrą, powszechnie znaną metodą, jest układanie nóg powyżej serca, tak, by krew i limfa mogły swobodnie odpłynąć z miejsc zastoju.  Polewanie nóg zimną wodą jest także świetnym sposobem na zwiększenie krążenia w obrębie kończyn dolnych. Należy unikać długich okresów stania lub siedzenia z nogą na nodze - te pozycje hamują krążenie i sprzyjają gromadzeniu wody.
Także nogi do góry i na przełaj przez las:)

sobota, 15 sierpnia 2015

nieprzyjemna pamiątka z wakacji nad wodą:)

Chwila nieuwagi. Chwila w mokrym kostiumie przy silnym wietrze. Chwila leżenia w mokrym kostiumie na mokrym ręczniku. Chwila wieczornego chodzenia mokrymi stopami po zimnym piasku. A potem nieprzyjemna chwila w trakcie siusiania. Dla więcej niż połowy kobiet chwile nieuwagi kończą się zapaleniem pęcherza. Przyczyną większości stanów zapalnych w drogach moczowych, ze względu na swoistą budowę anatomiczną dotyczących głównie kobiet, są bakterie gromadzące się w przewodach moczowych. Do zakażenia może dojść przede wszystkim w różnego rodzaju akwenach wodnych, ale także w toaletach, na leżakach, w saunach ale także podczas częstych kontaktów seksualnych. W grupie największego ryzyka znajdują się kobiety o obniżonej odporności, biorące leki, panie z przewagą doszy wata w konstytucji oraz kobiety w ciąży (w czasie ciąży drogi moczowe są poszerzone ze względu na rozluźniające działanie progesteronu; zwiększa się pojemność moczowodów i układu kielichowo-miedniczkowego, a zmniejsza się perystaltyka moczowodów – to wszystko powoduje zaleganie moczu w nerkach i pęcherzu co z kolei sprzyja powstawaniu zakażeń w tym obrębie. Zakażenia te należy leczyć, może bowiem dojść do powstania niebezpiecznej zastoiny w nerkach ciężarnej). 

Najprostszą ajurwedyjską metodą na tą bolesną dolegliwość, objawiającą się silnym uczuciem pieczenia, palenia podczas oddawania moczu, bólem brzucha w okolicy nadłonowej, gorączką podgorączkowym lub stanem oraz uczuciem częstego parcia na mocz jest picie herbat ziołowych i soków z roślin mających działanie moczopędne. Wśród nich prym wiedzie sok żurawinowy, który ma bardzo silne działanie moczopędne a zarazem bakteriobójcze (nie pozwala na rozwój bakterii E. coli w ściankach układu moczowego). Szczególnie polecany jest napar z liści żurawiny, które zawierają bakteriobójczą substancję o nazwie arbutyna. 

Skuteczna jest także herbatka z łyżeczki sproszkowanego kminu, łyżeczki sproszkowanej kolendry, łyżeczki kopru włoskiego, ¼ łyżeczki sproszkowanego imbiru, łyżeczki cukru trzcinowego i dwóch szklanek wody. Należy gotować ją przez 2,3 minuty, przefiltrować i pić pół filiżanki 2-3 razy dziennie. 

Zewnętrznie, gdy zapaleniu pęcherza towarzyszy także zapalenie cewki moczowej lub uczucie palenia i pieczenia, należy przyrządzić pastę z ½ łyżeczki masła ghee oraz 1/8 łyżeczki kurkumy. Pastę należy nakładać w małych ilościach na zaatakowane chorobą miejsce przez cały dzień, szczególnie po oddaniu moczu. Kurkuma doskonale zabija bakterie i a ghee łagodzi stany zapalne. 

Herbatka z krwawnika ma podobne właściwości. Mocna esencja pita w małych ilościach 3-4 razy lub miejscowo jako okłady nasączonym wacikiem albo nawet tzw. parówka działają łagodząco. 

Przez cały okres trwania dolegliwości należy spożywać lekkostrawne produkty, zmniejszając przy tym ilość produktów podnoszących bioenergię pitta. Pomocne będzie spożywanie gruszek, soku z aloesu, liści kolendry i picie dużej ilości niegazowanej ciepłej wody. 


sobota, 18 lipca 2015

pasta do zębów hand made

To ciekawe, ale w ciąży co rusz zmieniają mi się upodobania "smakowe" past do zębów. Doszło w konsekwencji do tego, że kupuję co rusz to nową, której po dwóch dniach nie jestem w stanie wziąć do ust. Pomyślałam, że gdyby tak samemu zrobić taką pastę byłoby znacznie łatwiej dobierać składniki zgodnie z aktualnymi "upodobaniami" nie mówiąc już o znacznej ekonomiczności takiego sposobu. Ale co najważniejsze - naturalna pasta na bazie glinki nie zawiera składników, które codzienne pakuję do buzi i zupełnie nie wiem ile z nich i w jaki sposób wpłynie niekorzystnie na mój lub mojego dziecka organizm. W opracowaniach ajurwedyjskich nie znalazłam, ale poszperałam jeszcze i udało mi się odnaleźć taki oto przepis, którym się chętnie z Wami podzielę. 
Do sporządzenia pasty potrzebne będą 4 części glinki i wcale nie musi być biała do której jesteśmy przyzwyczajeni, może być też zielona, tylko wtedy trzeba jej dać trochę więcej; 3 części prawdziwej sody oczyszczonej; pół części soli; i teraz najważniejsze - do tych wymieszanych w misce sypkich produktów dodaje się esencję, wyciąg z wybranych ziół - może być to np. mięta czy szałwia, tak, by zawiązały się w konsystencję pasty (glinka pochłania wodę). Należy przy tym intensywnie całość mieszać (tylko drewnianą łyżką, bo glinka nie lubi np.metalu), tak, by nie było grudek. Oczywiście można do tego wszystkiego dodać wybrane i lubiane olejki eteryczne, z tym, że trzeba ich wtedy użyć dosyć dużo (miesza się je z podgrzaną wodą). W ten sposób można sobie samemu zrobić niewielkie ilości pasty, przechowując ją w szklanym słoiczku lub dobrze zakręconej tubce. I używać bezpiecznie do woli:)

poniedziałek, 6 lipca 2015

lody lody dla...ogrzania, czyli jak się wychłodzić w upały:)

W takie dni jak ostatnio, uporczywie powtarzając chwytliwe hasło „lody, lody dla ochłody” sięgamy po wychłodzoną wodę, chłodniki, koktajle i lody.... co jest dużym błędem i powoduje odwrotny skutek do zamierzonego:) Na krótką chwilę rzeczywiście spożycie zimnego napoju przyniesie orzeźwienie, ale zaraz potem rozpoczyna się proces ogrzewania substancji, aby wyrównać jej temperaturę z temperaturą ciała, a w związku z tym organizm wytwarza ciepło. Pory w skórze zostają zamknięte, by ciepło krążące w ciele skierować na ogrzanie wprowadzonej do przewodu pokarmowego zimnej substancji, w efekcie już po kilku minutach jest nam jeszcze cieplej niż przed jej spożyciem.
Odwiedzając Indie czy gorące kraje arabskie często dziwimy się, dlaczego przy takich wysokich temperaturach ich mieszkańcy piją gorącą herbatę z przyprawami i jedzą gorące, ostre posiłki. Otóż w ten właśnie prosty sposób pozbywają się nadmiaru ciepła z organizmu. Spożywając gorące substancje redukują wytwarzanie energii cieplnej przez własny system trawienny, większość z niej dodatkowo zużywając na ochłodzenie substancji, tak, by wyrównać ją z temperaturą ciała. W dodatku gorące potrawy zwiększają potliwość i otwierają pory skóry, tak, by ciepło mogło wydostać się z ciała na zewnątrz. Czosnek, imbir i ostra papryka dodawane do potraw doskonale poprawiają krążenie krwi i poprzez otwieranie porów uwalniają nadmiar zgromadzonego w ciele ciepła.
Indusi piją też wodę kokosową lub sok aloesowy, które mają silnie wychładzające właściwości. To właśnie gorące napoje lub chłodną wodę z kokosa, wodę z sokiem z cytryny czy limonki albo sok aloesowy powinniśmy pić jeśli chcemy pozbyć się nadmiaru ciepła z organizmu. Odwrotny skutek przyniesie picie kawy, alkoholu, czarnej mocnej herbaty, napojów izotonicznych zawierających substancje słodzące lub słodzonych gazowanych napojów. 
Herbatka z mięty, melisy, pokrzywy, mniszka lekarskiego, majeranku lub kolendry, ziół znanych ze swoich wychładzających właściwości, również przyniesie orzeźwienie. Olejkami eterycznymi z tych ziół można skropić dłonie lub stopy. 
Chłodny prysznic, szczególnie w rejonie stóp, gdzie znajdują się receptory narządów wewnętrznych też jest dobrym pomysłem. Można też chodzić na boso po chłodnej podłodze, na której rozsypane są liście wychładzającej mięty. 
W upalne dni należy wkładać białe, lekkie, przewiewne, lniane lub bawełniane ubrania. Biały kolor odbija światło i nie są na nim widoczne ślady potu. Chcąc zachować zdrową skórę, bez pryszczy i wyprysków w czasie lata, nie należy stosować antyperspirantów – zablokowane ujścia gruczołów potowych powodują, że ciepło i wszelkiego rodzaju wydalane wraz z potem toksyny pozostają, krążąc w organizmie. Często organizm pozbywa się ich w postaci wągrów, pryszczy czy różnych ropnych wyprysków szczególnie na policzkach (środkowa część twarzy przypisana jest energii pitta związanej z ciepłem, krwią i skórą). Zamiast antyperspirantu warto skropić skórę kilkoma orzeźwiającymi kroplami olejku miętowego lub eukaliptusowego (tego ostatniego nie należy stosować w czasie ciąży i u małych dzieci).   

wtorek, 16 czerwca 2015

pilayu, czyli to, co robię na co dzień:)

Proste połączenie - dowolność kreowania ćwiczeń w pilatesie i zasady względem doszy, które podaje ajurweda, to całe sedno prowadzonych przeze mnie zajęć. Nazwałam je może i banalnie, ale cała zabawa banalną w rzeczywistości nie jest:) 
Przedstawiam Wam 3 filmy, które mimo ogromnego stresu udało mi się nagrać. Jestem zdecydowanie lepsza w pisaniu niż w staniu przed kamerą - wybaczcie:) Filmy przedstawiają kilkunastominutowy zestaw ćwiczeń ułożony pod kątem własności fizycznych charakterystycznych dla przewagi poszczególnej doszy. Trening można (a może nawet trzeba) wykonywać codziennie, bez strachu o swoje stawy czy nadwerężenie mięśni. Pierwszy filmik przeznaczony jest dla osób z dominacją doszy wata; kolejny dla pitty a ostatni z nich dla osób z dominacją doszy kapha. Filmy opatrzone są krótkim komentarzem, a ćwiczenia przedstawione bez powtórzeń - ich ilość możecie wykonywać wedle uznania. 
Wszystkie treści, które znajdziecie na mojej stronie są powszechnie dostępne i bezpłatne, tak, by każdy, kto myśli poważnie o swoim zdrowiu i samopoczuciu mógł z nich korzystać. W tym samym duchu zostawiam nagrania, z tym małym wyjątkiem, że traktując prowadzenie treningów jako część mojej pracy zawodowej (a tym samym zarobkowej) wszystkim, którzy mają na to ochotę lub uznają filmy za wartościowe, pozostawiam otwartą furtkę na dokonanie opłaty wedle uznania:)
Wpłaty, z tytułem "wpłata pilayu" można dokonać na konto:  

81 1050 1461 1000 0090 7781 6412 ( bank ING)

Monika Ptak-Korbacz "Usługi Prozdrowotne"
ul. Sportowa 3
26-130 Suchedniów

wtorek, 26 maja 2015

Domowe mleko roślinne z truskawkami

Sezon zaczęłam trochę wcześnie, ale uwielbiam kwaśne truskawki (których, ze względu na przeważającą we mnie pittę, jeść notabene nie powinnam:). Nie ma słońca, więc kwaskowatość truskawek uznaję w tym roku za bardzo udaną (choć wolałabym słońce i mogłyby być ostatecznie słodkie truskawki). Bardzo ostatnio wybrzydzam jedzeniowo (to nie, tamto nie...), ale dziś napadły mnie truskawki z mlekiem migdałowym...

Składniki na mleko: fil dowolnych orzechów, migdałów lub kokosa moczonych przez noc w zimnej wodzie na 3 fil wody; szczypta soli

Odcedzone orzechy lub migdały wrzucić do blendera, dodać wodę i sól i miksować co najmniej 60 sekund na dużych obrotach. Zawartość przecedzić przez gazę lub pieluchę tetrową i wlać do szklanej butelki.


Do mleka rozgniotłam truskawki i nie powinnam się przyznać, ale dodałam syropu daktylowego. Niebo w gębie...

poniedziałek, 4 maja 2015

weganizm w ciąży - co na to ajurweda

Ajurweda nie dyktuje takiego sposobu odżywiania – należy mieć na uwadze to, że medycyna ta rozwinęła się w kulturze ceniącej mleko i produkty mlekopochodne jako największe dobro i kluczowy produkt w ubogiej diecie. Kultury Wschodu, kultury w przewadze rolnicze i pasterskie cenią sobie produkty odzwierzęce jako wzmacniające i dające energię do przetrwania w trudnych warunkach. Mieszkańcy północnych Indii, Nepalczycy oraz Tybetańczycy nie przeżyliby gdyby nie jedli mięsa i nie pili mleka. Wszystko zależy zatem od dostępności pożywienia i warunków klimatycznych. Oczywiście produkty pochodzenia zwierzęcego są w ajurwedzie uznawane za tamasowe (każdy produkt, który powstał już z zapłodnionej komórki jajowej jest za takowy uważany, czyli zarówno mięsa jak owoce morza, skorupiaki, ryby czy jaja), czyli takie, które uziemiają, powodują inercję, bezwład i poczucie ciężkości; wyjątek od reguły stanowi mleko krowie i jego pochodne, które z kolei należą do dobrych produktów o przewadze guny sattwa. Pokarmów tamasowych należy unikać, ale nie znaczy to, że są one zabronione (W Czaraka Samhicie znajdujemy nawet porady dotyczące spożywania mięsa).

W dzisiejszych czasach obserwujemy pęd do bardzo radykalnych zmian żywieniowych – teorie przeplatają się by zaraz się wykluczyć a każdy mądry naukowiec-żywieniowiec wymyśla co rusz kolejną wersję swojej cudownej diety, oczywiście popartą kolejną porcją niestrawnych dla zwykłego odbiorcy serią badań opisanych skomplikowanym językiem biologii. Najrozsądniej, by nie pogubić się w tym gąszczu, podążać własną ścieżką, którą wyznacza nasz organizm. Jego potrzeby energetyczne i odżywcze powinny stanowić wyznacznik tego czym i w jakiej ilości się odżywiać. Nie można założyć, że każdy bez wyjątku będzie się czuł doskonale na diecie roślinnej – to tak jakby powiedzieć, że każdy musi biegać, bo bieganie przecież jest bardzo zdrowe. Ale nie każdy chce, może, ma predyspozycje lub uwarunkowania fizyczne do biegania; to samo ma się z dietą bazującą na roślinach. Osoba o konstytucji wata na przykład, na pewno nie czułaby się dobrze, gdyby jej pokarm w całości stanowiły rośliny i to jeszcze w znamienitej większości surowe. Pożywienie, które dodatkowo wychładza jej zimny organizm, nie jest dla takiej osoby optymalnym pokarmem. Warto więc, podejmując decyzję o przejściu na odżywianie oparte na roślinach, wsłuchać się przede wszystkim w to, co próbuje nam o tym pomyśle przekazać organizm. Czasem, mimo tego, że dzięki silnej woli będziemy realizować powziętą decyzję, może się okazać, że ta decyzja jest błędna i zamiast pożytku wyrządzamy organizmowi szkodę. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że nauka nie zna do końca złożoności i wymagań całego systemu jakim jest ludzki organizm. Co rusz znajduję nowe informacje na temat kolejnych przełomowych odkryć związanych np. z witaminami, które mają znacznie szersze znaczenie niż do tej pory sądzono. Naukowcy nie są w stanie wyabstrahować pewnych substancji, które są potrzebne człowiekowi do przeżycia, a które znajdują się w produktach pochodzenia zwierzęcego – chcąc nie chcąc jesteśmy zwierzętami wszystkożernymi i od zarania dziejów nasza ludzka dieta w jakimś stopniu składała się zarówno z produktów roślinnych jak i mięsa. Pomimo tego, że od kilkunastu lat nie jem mięsa i nie suplementuję żadnej substancji, czuję się z tym doskonale, ale nie mogę zagwarantować, że którejś z nich (np. wit. K2) mojemu organizmowi nie brakuje. 

Konwersja na weganizm zdecydowanie powinna nastąpić przed zajściem w ciążę – pozwoli to na prawidłowe zinterpretowanie zachowania organizmu. W innym przypadku nie będzie można jednoznacznie określić przyczyny występujących zjawisk – wzdęcia, gazy, nudności, zgaga, biegunki czy zatwardzenia, wychłodzenie itd. mogą być spowodowane zarówno przemianami hormonalnymi, które wpływają na kondycję naszych organów w ciąży jak i przejściem na dietę w dużej mierze bazującej na strączkach i warzywach. 

Zarówno zalet jak i wad odżywiania opartego wyłącznie o rośliny jest wiele, tak w normalnej kondycji organizmu jak i w ciąży. Jeśli chodzi o zalety, prawidłowo prowadzona dieta wegańska na pewno uchroni przed dużą ilością toksyn i złogów z przemiany materii białek zwierzęcych; oczyści i odżywi tkanki ciała; doda energii i polotu. Równocześnie, nawet przy odpowiednio zbilansowanej diecie wegańskiej trudno dostarczyć organizmowi niezbędną dla niego ilość żelaza, cynku, witaminy D3, wit. B 12, wit K2 czy innych substancji przynależnych tylko produktom pochodzenia odzwierzęcego (w dodatku należy pamiętać, że to, co znajduje się w roślinach zależy tylko od gleby na jakiej rosną, więc to, że jakaś roślina jest hipotetycznie źródłem danej substancji, wcale nie musi równać się temu, że rzeczywiście ją dostarcza). Z tym problemem borykają się szczególnie kobiety w czasie ciąży, które muszą zadbać nie tylko o dawkę dla siebie ale zaspokoić także potrzeby rosnącego w brzuchu maluszka. A to nie jest takie proste – nawet najlepiej dobrana dieta często wymaga dodatkowej suplementacji witaminy B 12, witaminy D3 lub żelaza. Suplementacja ma to do siebie, że jej produkty są jedną lub kilkoma wyizolowanymi i skoncentrowanymi substancjami, które nie pasują do toczących się w organizmie ludzkim skomplikowanych mechanizmów. Nie można oczekiwać, że dostarczając organizmowi dawki czegoś, co nie jest naturalne, tylko sztucznie zsyntetyzowane, uzyskamy lepsze efekty i poprawienie funkcjonowanie organizmu. Organizmu, stanowiącego wspaniały przykład synergii, współdziałania złożonych systemów, które w procesie trawienia i asymilacji uzyskują z pokarmu to, co rzeczywiście potrzebne. Czasem dzieje się wręcz odwrotnie – wysokie stężenie pojedynczych, wyabstrahowanych substancji, zmusza organizm do dodatkowej pracy nad ich rozłożeniem i wchłonięciem. To, czego nie zdoła wchłonąć, albo wydostaje się z moczem (i to jest ta optymistyczna wersja) albo odkłada się jako toksyna w tkankach ciała. Jestem zdecydowanym i zagorzałym przeciwnikiem suplementacji, ale w dzisiejszych czasach stoimy często między młotem a kowadłem: żywności ze sklepowych półek nie powinno się spożywać (patrz na etykiety), a na pewno nie dostarcza ona odpowiednich substancji do sprawnego funkcjonowania organizmu. Odrzucając ją, jesteśmy z kolei zmuszeni zapewniać organizmowi pewne niezbędne substancje poza spożywanymi produktami. Nie ulega wątpliwości, że wszystkie substancje znajdujące się w naturalnym pożywieniu są lepiej przyswajalne i zdecydowanie lepiej wpływają na funkcjonowanie ludzkiego organizmu, ale w dzisiejszych czasach niezwykle trudno znaleźć coś, co bez szkody dla organizmu nadaje się do spożycia…Co więcej zbadana i zdefiniowana zawartość witamin i pierwiastków w produktach spożywczych (np. ilość poszczególnych substancji w średnim jaju kurzym) ma się nijak do tego, co rzeczywiście w tym jaju jest, ponieważ wszystko zależy od tego, co zwierzę jada (kura może jadać sztuczne pasze, z których niewiele przyswoi a tym samym niewiele cennych składników znajdzie się w jej jaju), gdzie przebywa (może być hodowana w klatkach, bez dostępu do słońca – w żółtku nie będzie wtedy witaminy D, bo niby skąd) czy wreszcie gdzie i na jakiej glebie rosną rośliny, które spożywa (wiadomym jest, że ilość składników odżywczych w roślinie pochodzi z gleby na której rośnie). „Klęska urodzaju”, która towarzyszy naszym czasom we wszystkich aspektach, ma to do siebie, że ilość przewyższa jakość produktów. Dodatkowo ogólne zanieczyszczenie, powszechnie dostępne preparaty chemiczne oraz lekarstwa podawane bez umiaru, dodatki i konserwanty, specjalne podwyższane normy jakościowe itd. sprawiają, że to, co znajduje się na półkach w sklepach daleko odbiega od naturalności. Z kolei chemicznie syntetyzowane preparaty są trudniej przyswajalne, powodują więcej skutków ubocznych, i otwarcie trzeba to przyznać, nie znamy konsekwencji ich spożywania dla tak synergicznego układu jakim jest organizm ludzki. 

Decydując się na taką, czy inną dietę, niezwykle konieczna jest obserwacja własnego ciała i błyskawiczna reakcja na sytuacje odbiegające od normy. Pozwoli to na szybkie zdiagnozowanie gdzie leży problem i ewentualną podaż substancji, której organizmowi brakuje. Nie wolno zapominać, że w każdej sekundzie w milionach komórek naszego ciała odbywa się bardzo wiele procesów, do których codziennie potrzeba szeregu substancji z zewnątrz. Ich permanentny brak uniemożliwia prawidłowe funkcjonowanie tego złożonego i niezwykle mądrego systemu. 



środa, 22 kwietnia 2015

Uszy więdną:)

Ajurweda w ogóle nie posługuje się pojęciami czysto naukowymi pojęciami typu energia pochodząca z kalorii, nie jest też w żaden sposób związana z matematycznym wyliczaniem gramatury poszczególnych składników odżywczych. I chwała jej za to – mam wrażenie, że dziś ludzie nie zrobią nic bez podania konkretnej wartości liczbowej! Nie umieją ułożyć sobie odpowiedniego sposobu odżywiania bez zerkania do tabelek informujących o zawartości w produkcie jakiś substancji; nie umieją zrobić placka bez przepisu ze skrupulatnie odmierzonymi gramami dodawanych po kolei produktów; nie umieją wreszcie poruszać się po świecie pożywienia bez magicznego słowa „kaloria”(i chyba tu w większości chodzi o kobiety). Apel z mojej strony: przestańcie tak matematycznie układać sobie życie, martwiąc się o dostarczenie odpowiedniej ilości każdego ze składników pokarmowych, witaminy, pierwiastka czy innej substancji a równocześnie redukując ilość przeliczanych ze wszystkiego kalorii. Po pierwsze, należy sobie uzmysłowić, że wszystkie rekomendowane ilości spożywanych substancji są sztucznie narzucone przez WHO i wielokrotnie się zmieniają. Po drugie, niektóre wartości są specjalnie podwyższane, by przemysł farmaceutyczny zarobił na sprzedawanych suplementach. Po trzecie kaloria to tylko fizyczna jednostka!

sobota, 18 kwietnia 2015

coś a'la pasztet warzywny z quinoą:)

W przypływie nagłej inspiracji zrobiłam dziś coś, czym chcę się z Wami od razu podzielić. Wygląda to jak pasztet, a smakuje jak zapieczona pulpa warzywna:) W każdym razie wrzucałam do termomixa co następuje: 2 szklanki dobrze wypłukanej quinoi, 5 jajek przepiórczych, 2 marchewki, 2 ziemniaki, 3 pasternaki (które odkryłam przypadkiem po przeoraniu mojego ogródka na wiosnę), kawałek pora, 2 cebule średnie, kilka ząbków czosnku, kawałek brukwi i doprawiłam to wszystko suto majerankiem, pieprzem, szczyptą soli i średnio ostrym curry. Wszystko konkretnie zmiksowałam i przelałam do blachy pasztetówki wyłożonej papierem. Piekłam w 190 stopniach przez ok. 35 min. Rano dam do wypróbowania synowi (a propos na całe szczęście pozbyliśmy się już uczulenia na jaja przepiórcze, choć w zasadzie nadal dobrze nam z tym wybiórczym weganizmem:)

środa, 15 kwietnia 2015

astma i alergie wziewne u dzieci

W większości przypadków, za powstanie kataru siennego, alergii wziewnych i astmy o podłożu alergicznym uważa się w ajurwedzie złe trawienie, wynikające ze spożywania nadmiernej ilości ciężkiego, niestrawnego, śluzo twórczego jedzenia lub niewłaściwych połączeń żywieniowych. Korzeni astmy ajurweda upatruje w nieżycie żołądka i wynikających z tego nieprawidłowościach w produkcji śluzu, który rozprzestrzenia się po całym ciele, a ostatecznie kumuluje się w płucach oblepiając ich pęcherzyki. Wdychane zanieczyszczenia, pyłek kwiatowy i kurz w połączeniu ze śluzem skutecznie utrudniają złapanie oddechu, szczelnie powlekając całą powierzchnię oddechową. U dzieci „uczuleniowych”, alergie mogą doprowadzić do astmy – system jest prosty. Wszystko rozpoczyna się od podaży w dużej ilości produktów zawierających antygeny, których organizm dziecka nie jest w stanie zidentyfikować jako poprawne i właściwie strawić posiłku. System odpornościowy dziecka reaguje obroną, starając się wyrzucić toksynę (antygen jest właśnie tak traktowany) a układ pokarmowy w tym celu produkuje zwiększoną ilość śluzu. Śluz ten krąży po całym organizmie i osiada w płucach, o czym mowa powyżej. 
Są różne typy astmy, ale ich cechą charakterystyczną są duszności, ucisk w klatce piersiowej i świszczący, płytki oddech. Astma o podłożu alergicznym uaktywnia się szczególnie wczesną wiosną, kiedy przeważa bioenergia kapha, a stężenie pylących roślin jest największe. Dlatego też warto stosować środki prewencyjne już od pierwszych wiosennych dni, podążając za wskazówkami udzielonymi przez znawców ajurwedy.
•           Haritaki, bibhitaki i  amla to w ajurwedzie najsilniejsze środki w zapobieganiu i leczeniu tej dolegliwości, ponieważ działają bezpośrednio na przyczynę – usprawniają pracę żołądka i jelit, pomagają pozbyć się nadmiaru śluzu a przede wszystkim wykazują silne działanie antyalergiczne. Połączenie tych trzech roślin możemy znaleźć w słynnej formule triphala, z tym, że triphala nie jest zalecana małym dzieciom.
•           Zapobiegawczo należy jeść tylko lekkie, świeżo przygotowane, łatwostrawne pożywienie, a unikać pokarmów  produkujących nadmierną ilość śluzu, takich jak zsiadłe mleko, banany, lody; również słodyczy, rafinowanego cukru, orzeszków ziemnych, tłustych i smażonych potraw, ziemniaków i pomidorów. Przyprawy, takie jak czosnek, imbir, cebula, kolendra, czarny pieprz i gorczyca redukują śluz dlatego powinny być dodawane do gotowania w większej ilości.
•           Herbatka z lukrecji ma zbawienne działanie, bowiem zapobiega i uspokaja ataki astmy. Raz ugotowana (łyżka korzenia lukrecji gotowana w wodzie przez 5 minut), nie traci swoich właściwości przez 72 godziny – można zatem trzymać ją w razie potrzeby w termosie lub używać codziennie jako środek prewencyjny. Herbatka podnosi jednak poziom sodu w organizmie, więc nie może być zbyt często spożywana przez dzieci.
•           Mikstura zrobiona z ¼ kubka soku z cebuli, łyżeczki miodu i 1/8 łyżeczki czarnego pieprzu jest doskonałym długoterminowym środkiem zapobiegającym atakom, a dzieci chętnie ją piją.
•           Nacieranie klatki piersiowej dojrzałym olejem sezamowym rozrzedza i pozwala odkrztusić śluzową wydzielinę. Można też zastosować „sklepywanie” – dziecko z opuszczonych tułowiem w dół należy delikatnie poklepywać po plecach ruchem ku dołowi, tak, by spowodować „odlepianie” wydzieliny z pęcherzyków i jej odpływ w stronę gardła.
•           Dziecko powinno jeść odpowiednie do zneutralizowania działania energii kapha rośliny, takie jak rzeżucha, pokrzywa, szczypior, rzodkiew.
•           Gorąca woda ze szczyptą dobrej mielonej kurkumy i miodem hamuje produkcję śluzu przy katarze siennym, redukuje bioenergię kapha i przeciwdziała uczuleniom. Dzieciom można ją podawać nawet kilka razy dziennie.

•           Techniki oddechowe są prostym sposobem na złagodzenie ataków astmy, ponieważ zwiększają objętość płuc, pozwalają zredukować uczucie ścisku w klatce piersiowej i zadyszkę. Maluch już od najmłodszych lat powinien uczyć się długich i głębokich oddechów.

poniedziałek, 30 marca 2015

Witamina D



Nie pisałam nic na bloga, bo dzień w dzień siedziałam nad materiałami do nowej książki - tym razem o mamie i dziecku pod kątem ajurwedy i naturoterapii. I właśnie z tych materiałów będzie aktualny post, zresztą bardzo na bieżąco biorąc pod uwagę deszczowo-burzową aurę za oknem...

Na niedobór witaminy D3 cierpi połowa ludności świata, ale weganie borykają się częściej z jej brakiem niż osoby spożywające produkty odzwierzęce (witamina ta występuje tylko w tłuszczach pochodzenia zwierzęcego np. tłustych rybach, oleju z wątroby lub żółtku). W grupie ryzyka, z racji ciemniejszego kolorytu skóry, są także osoby o konstytucji wata. Braki tej witaminy mogą skutkować min. niedostatecznym wchłonięciem wapnia do kości, ich kruchością, demineralizacją lub krzywicą, bo zadaniem witaminy ze słońca jest regulowanie poziomu wapnia i fosforu we krwi. Ale nie tylko. W świetle najnowszych badań, witamina D wspiera procesy obronności organizmu i pomaga walczyć w wirusami (stąd powiązanie zachorowalności grypy z brakiem dostatecznej ilości światła słonecznego). Najlepszym sposobem na pozyskanie D3 jest ekspozycja na działanie promieni słonecznych, bowiem receptory tej witaminy występują w każdej komórce ciała – D3 sama zsyntetyzuje się w skórze (chyba, że ta jest chroniona kremem z filtrem UV; to frakcja UVB powoduje powstanie witaminy D w naszym organizmie, a jednocześnie ta sama frakcja światła może powodować oparzenia i powstanie niezłośliwych nowotworów skóry). Co więcej, część wytworzonej w ten sposób witaminy D, odkłada się w tkance tłuszczowej stanowiąc rodzaj rezerwy na dni bezsłoneczne. Witamina wytworzona ze słońca pozostaje we krwi dużo dłużej niż suplementowana, ale jesienią, zimą i wczesną wiosną, kiedy nie ma słońca przez dłuższy czas a rezerwy organizmu wyczerpią się, dodatkowo znaczny procent powierzchni skóry przykrywa ubranie, konieczne jest uzupełnianie tej witaminy. Nierealnym jest bowiem dostarczenie odpowiedniej dawki tej witaminy z pożywienia. Co ciekawe, chemicznie wytwarzaną witaminę można przedawkować, a przy jej wersji naturalnej nie jest to możliwe. Nadmiar witaminy D jest szkodliwy i powoduje wiele zaburzeń (tylko nie wiadomo dokładnie ile tej witaminy potrzebujemy i w którym momencie jest już nadmiar – kolejne badania podają coraz to inne wyniki).


niedziela, 1 marca 2015

O ajurwedzie po indyjsku - warto przeczytać:)


Zbierając materiały do nowej książki trafiła mi w ręce książka dr Partapa Chauhana - wspaniałego lekarza praktykującego ajurwedę w jej oryginalnej formie. 

Dr Chauhan jest autorem książek, nauczycielem i podróżującym po świecie lekarzem, którego ogromny wkład w propagowanie ajurwedy na świecie jest nie do przecenienia. Współpracuje z wieloma Międzynarodowymi Ajurwedyjskimi Instytucjami i Uniwersytetami a na co dzień prowadzi klinikę Jiva Ayurveda w Faridabadzie, gdzie z powodzeniem leczy chronicznie chorych i takich, których dolegliwości uznawane są za nieuleczalne. 



Dr Chauhan w książce, nad którą pracował kilka lat, w sposób bardzo dokładny i staranny, a zarazem przystępny, w początkowych rozdziałach opisuje zagadnienia teoretyczne ajurwedy - jej pochodzenie, zasady a także rozważania na temat konstytucji fizycznej i mentalnej. Sama wiem, jak trudno opisać w zrozumiały sposób tak skomplikowane tematy a autor posługując się prostym i konkretnym językiem zrobił to w sposób godny szacunku. Każde zdanie jest napisane w ten sposób, że lektura staje się przyjemna i łatwa w odbiorze nawet dla zupełnie niezorientowanego w temacie czytelnika. 
Kolejny rozdział poświęcony jest trawieniu, które jest przecież najważniejszą funkcją naszego organizmu i na poziomie fizycznym jest odpowiedzialne za utrzymanie równowagi a co za tym idzie zdrowia. Ten krótki, ale treściwy rozdział został opatrzony cennymi poradami praktycznymi. 
Autor poświęcił kilka następnych stron na opisanie zagadnień fizjologii ciała wg ajurwedy - tłumaczy pochodzenie tkanek, wyróżnia znaczenie kanałów w organizmie ludzkim a przede wszystkim zapoznaje czytelnika z niezwykle istotną energią witalną.
W drugiej części książki, tej bardziej praktycznej, czytelnik zostaje dosłownie obsypany poradami dotyczącymi zarówno odżywiania jak i całej aktywności życia codziennego. Moim konikiem jest żywienie według ajurwedy i tylko w tym punkcie książki westchnęłam nie dowiedziawszy się niczego więcej poza to, co jest dla mnie jasne. Niemniej jednak dla mnie nie oznacza, że dla wszystkich sympatyków tej medycyny - wszystko, co związane jest z dietą autor opisał w sposób jasny i konkretny. Po części poświęconej stylowi życia, bardzo ciekawej zresztą, doszłam wreszcie do rozdziałów, na które czekałam z niecierpliwością. Byłam bowiem bardzo ciekawa, jak autor, który jest lekarzem podchodzi do choroby, jej diagnozy i leczenia. Nie zawiodłam się - strony chłonęłam w tempie ekspresowym zachwycając się nad językiem i ogromem wiedzy autora (mam porównanie z wieloma innymi praktykami, których czytałam podczas pisania pracy magisterskiej a potem książek; plusem jest na pewno doskonały przekład książki). 
Na koniec wisienka na torcie - domowe leki, czyli co z kuchni można wykorzystać w samoleczeniu. Wzbogaciłam swoją wiedzę o kilka ciekawych wiadomości, a osoby, które nie znają się na temacie zapewniam, że będą czytały wszystko z wielkim zaciekawieniem i kartką na zakupy w ręku.
Autor dodał kilka przepisów na typowo indyjskie dania czyli np. kichadi (które nazywa kiczeri, zależy od regiony Indii), lassi, masło ghi i inne oraz umieścił opis jogicznej sekwencji "powitania słońca", co na pewno czyni książkę jeszcze bardziej atrakcyjną.
Bardzo cenny jest też słowniczek na samym końcu książki - terminy w pracy pisane są w języku oryginalnym, co wymaga czasem objaśnień. 

Książkę polecam wszystkim adeptom ajurwedy, a także tym, którzy chcą tak jak ja stale wzbogacać swoją wiedzę. Ciekawych i cennych wiadomości nigdy nie za dużo, tym bardziej, jeśli pochodzą one z tak dobrego źródła.


sobota, 7 lutego 2015

Amla - źródło witaminy C


Owoce drzewa amla są najbogatszym naturalnym źródłem witaminy C. W medycynie ajurwedyjskiej owoce amla są najważniejszym składnikiem odmładzających preparatów ziołowych – spożywanie amli to najbardziej efektywny sposób na utrzymanie dobrego stanu zdrowia oraz ogólnej regeneracji organizmu i długowieczności. 
Działanie: Amalaki zawiera pięć rodzajów smaku naszej percepcji zmysłowej (kwaśny, gorzki, słodki, słony i ostry - wyrównuje zatem wszystkie trzy energie; zawiera wysoką zawartość przeciwutleniaczy (substancji zmniejszających normalny proces utleniania, które są odpowiedzialne za proces starzenia się i śmierć komórek), bioflawonoidy (witamina wspomagająca odporność na przenikanie szkodliwych substancji w postaci wolnych rodników) i dużą zawartość niezbędnych aminokwasów. 
Właściwości biomedyczne: amla  zwiększa odporność organizmu, likwiduje zaburzenia żołądkowo-jelitowe, wzmacnia i utrzymuje w zdrowiu serce i aktywność mózgu, zwiększa produkcję czerwonych krwinek, regeneruje tkanki ciała poprzez wysoką zawartością przeciwutleniaczy, ma ogólne właściwości regenerujące i odmładzające cały organizm.  


środa, 4 lutego 2015

Wirusy atakują...

... a ja po raz drugi już tej zimy (?? gdzie kto widział mróz?) muszę z nimi walczyć. To się rzadko zdarza. To się w ogóle nie zdarzało - choruje raz na milion lat a teraz po raz drugi dołapały mnie jakieś gadżety. Winię za to po pierwsze pogodę - wylęgarnię świństwa wszelakiego, po drugie stały kontakt z kimś, kto jest chory, a po trzecie permanentne niewyspanie. Spanie po 5-6 przerywanych godzin na pewno nie należy do sposobów, które budują odporność - szczególnie na wirusy. Do tego na dokładkę kosmicznie stresujący okres i voila:) Wszystko teoretycznie wiem, ale w praktyce jest to niemożliwe do wykonania z małym dzieckiem, fizyczną pracą, prowadzeniem firmy i domu i wieczornym pisaniem książki... Na szczęście, i zawdzięczam to tylko i wyłącznie, imbirowi w baaaardzo dużej dawce, wszystko szybko przechodzi (na Młodego:)). Korzystam ze sprawdzonych od lat sposobów:
sok z cebuli, sok z pędów sosnowych, który robię na wiosnę, herbata z lipy (zbiór późną wiosną lub latem), gorący koktajl lub kisiel z malin, porzeczek i aronii - niestety teraz mam tylko mrożone, ale to fantastyczna bomba witaminowa, więc nie omieszkam codziennie sobie takowego sporządzać; herbata imbirowa z pieprzem pita na czczo lub żucie plastra imbiru z miodem na czczo. Oczywiście na obiad codziennie kiszona kapusta w różnej formie, ogórek kiszony na zagryzkę i na wieczór żurawina:) 
Polecam wszystkim zaflegmionym:) 
I jeszcze jedno - żeby się wyleczyć organizm potrzebuje energii - nie może sobie pozwolić na tracenie jej na trawienie trudno strawnych produktów. Przy takich stanach tylko dieta roślinna i to z gotowanych produktów pomaga. Nie należy spożywać mięsa i innych produktów pochodzenia zwierzęcego, a szczególnie na zimno, produktów zawierających gluten, bananów, avocado i warzyw psiankowatych (wszystkie produkują dodatkowy śluz i obniżają odporność). Proponuję też, w dniu największego ataku kataru zrobić sobie post na herbacie imbirowej w dużej ilości - od razu stawia na nogi:)
Jeśli nie ma mokrego kaszlu, można spokojnie przewietrzyć i przewentylować płuca na mroźnym powietrzu - gdyby było...

środa, 28 stycznia 2015

kłębek nerwów

Są dni, które przynoszą ze sobą tyle złych wiadomości, że chcesz aby już się skończyły mimo, że dopiero się zaczęły. Są dni, kiedy denerwujesz się ze wszystkiego bez wyjątku. Są dni, których nawet szczery śmiech dziecka nie jest w stanie złagodzić (a czasem i odwrotnie...). Są to dni w które ewidentnie wkroczyłeś lewą nogą:) 
Ja mam właśnie taki okres - co chwile dzieje się coś, co nie powinno mieć miejsca. Raz za raz wiadomość jakby z kosmosu. Wreszcie bezsensowne podnoszenie głosu i tłumienie coraz większych złych emocji. Mimo świetnej znajomości teorii niestety nie potrafię do końca poradzić sobie z praktyką. Może dlatego, że góruje we mnie pitta, która właśnie przebrała swoją miarkę. Pitta naprawdę ma najgorzej z wyhamowaniem z emocjami - głośne krzyki, silne uderzenia czy tłuczenie szkła to przy wyładowaniach pitty standard. Co zatem robić by nie dochodziło do takich scen?
Przede wszystkim należałoby stłumić jak najszybciej wszystko w zarodku, nie narażając się na "przelanie" - nazywam tak czas, kiedy już poziom pitty przekroczył stan alarmowy i następuje powódź. Może odpowiednio wcześnie zareagować i po prostu wyjść z domu. Może skończyć rozmowę i obejrzeć jakąś głupią rozmowę. A może oddalić się i wykrzyczeć wszystko, co nas boli. Może wypić szklankę zimnej wody lub wziąć zimny prysznic. Albo iść na siłownię lub trening. Wszystko jedno, byleby dać upust nadszarpniętym emocjom - ajurweda mówi, że absolutnie nie wolno ich tłumić we własnym wnętrzu. Takie działanie skutkuje zaburzeniami wątroby, nadmierną produkcją żółci i tworzenie mentalnych ama zaśmiecających umysł i ciało. Pitta w sytuacjach stresu nie powinna też jeść, bo na pewno nabawi się niestrawności i spotykać się ze znajomymi, którym może powiedzieć więcej niż może powiedzieć, żeby ich nie obrazić. Na uspokojenie poleca się ashvagandhę lub herbatkę z tulsi albo brahmi. I oczywiście melisę lub pokrzywę. U mnie niestety nic nie skutkuje:)
Istnieje drugi, gorszy scenariusz. Ten, w którym nic nie możesz zrobić, mimo, że wiesz, że to zło dzieje się obok. I to najbardziej boli. Szczególnie pittę. Frustracja i irytacja to najlpsze określenia dla tego stanu, kiedy wiesz, że to się dzieje, a ty nic nie możesz z tym zrobić, nie jest tu nic zależne od ciebie. NIC nie możesz na to poradzić. W takich sytuacjach u pitty "przelanie" następuje natychmiast i rozchodzi się po całym organizmie z prędkością błyskawicy. Opanowuje wszystkie członki, które drżą z nerwów, opanowuje wszystkie narządy, które odmawiają prawidłowej pracy (a ty opanowujesz przy tym na dłuższy czas toaletę) i wreszcie terroryzuje myśli i emocje - nie jesteś w stanie sklecić zdania a oczy same zalewają się łzami. Jakże to dziewczyńskie:) W każdym razie tak wygląda złość pitty w takiej sytuacji. Ajurweda mówi na nią - oddychaj spokojnie. Napij się herbaty rumiankowej z brahmi. Wyrzuć z siebie złe myśli, uśmiechnij się. Weź kąpiel z dodatkiem sody i świeżego imbiru, by pozbyć się napięcia lub idź na masaż odprężający. Oddaj się praktyce jogi i zapomnij o bożym świecie. I nie myśl, że to wszystko jest takie trudne. Łatwo powiedzieć...

niedziela, 4 stycznia 2015

Olejki eteryczne łagodzące dla dzieci

Suche powietrze, gorący kaloryfer i mało tlenu - typowy obrazek w zimie nieprawdaż? Jak tu spać w takim pomieszczeniu, żeby nie chlipać na przemian z wciąganiem sympatycznych glutów?:)
Polecam nawilżanie powietrza na wszelkie możliwe sposoby, nawet wodą nalaną do garnka ustawionym na podłodze (pamiętajcie o nim w nocy idąc do toalety, mnie się raz udało wdepnąć:)). Nie wspomnę o otwarciu lub choćby rozszczelnieniu okna. Olejki, jakimi możecie "złagodzić" i nawilżyć błony śluzowe to olejki z aloesu, róży, oregano, arcydzięgla.

A olejki wykrztuśne i łagodzące, jak już niestety ten spływający śluz trzeba z płuc oczyścić, to: ajwan, liść laurowy, czarny pieprz, tatarak, kamfora, kardamon, cynamon, goździki, koper, czosnek, imbir, hibiskus, hyzop, limonka, gorczyca, skórka pomarańczowa i szałwia. Olejki z eukaliptusa i tymianku złagodzą kaszel.