sobota, 24 marca 2018

niepłodność i brak możliwości poczęcia w kontekście ajurwedy

Problemy z zajściem w ciążę mogą mieć rożne przyczyny, od czysto fizycznych (np. zespół policystycznych jajników, endometrioza) po bardzo emocjonalne, np. przeżyte traumy, trudny partner, depresja. Zajmijmy się najpierw przyczynamy emocjonalnymi, często związanymi z doborem odpowiedniego partnera i udanym współżyciem. 
Według ajurwedy satysfakcjonujący seks jest jedną z podstaw zdrowego życia. Starożytne teksty głoszą, że współżycie płciowe jest dużo ważniejsze dla kobiet niż dla mężczyzn. Współczesna nauka odkryła, że faktycznie męskie feromony, które kobieta absorbuje podczas aktu, pomagają regulować jej płodność i zapewniają zdrowie całemu systemowi rozrodczemu. Regularne pożycie seksualne zapewnia kobiecie dobre samopoczucie. Niezadowalający seks może natomiast prowadzić do poważnych chorób. Kobieta ma prawo być niezadowolona, bowiem mężczyzna nie zaspokajając jej potrzeb, „wyciąga” z niej składniki odżywcze, nie dając nic w zamian. Nieadekwatne odżywienie wzmaga energię vata, powodując bolesne i nieregularne menstruacje. Frustracja kreuje gniew, który z kolei produkuje ostre vipaka, wytrącające z równowagi prawidłową produkcję krwi i działanie żeńskich organów płciowych. Problemy z menstruacją rozdrażniają kobiece nerwy. Kobiecie takiej jest trudno zajść w ciążę, a nawet jeśli się uda, jej wszystkie troski i niezadowolenie będą przenoszone na płód poprzez toksyny krążące w jej krwi.
Bywa, że kobieta, która bardzo chce mieć dziecko a nie ma ku temu odpowiednich możliwości (np. finansowych, brak poczucia bezpieczeństwa, poczucie panicznego strachu, lęki, obawy) mimo swojej fizycznej płodności podświadomie "zablokuje się na poczęcie". 
Strach i lęki przed poczęciem chorego dziecka są jedną z najważniejszych emocjonalnych blokad jakie umysł narzuca organizmowi. 
W przypadkach emocjonalnych podstaw braku poczęcia ogromną rolę odgrywa terapia mentalna oraz wspomaganie ziołami takimi jak sarca asoka, ashvagandha czy shatavari. Dostępne są w postaci sproszkowanej lub w postaci odżywczych dżemików specjalnie skomponowanych w calu odżywnia układu rozrodczego.

czwartek, 8 marca 2018

(nie)winne oczy

Byłam wczoraj u irydologa i zobaczył:) Generalnie chodzi o stan mojego palca, który wygląda jak mały czerwony sączący się wałeczek. Poniżej pokazałam ładniejszą jego stronę, tą brzydszą możecie sobie wyobrazić. Swędzi, pęka i sączy się z niego coś na kształt ropy. Jest piękny:) Mój mąż przed wyjściem powiedział mi, że na pewno pan każe się mniej stresować i jeść mięso. Jakże się NIE mylił:) 
To, że się mam mniej stresować to wiem. To, że jestem zabiegana, wplątuję się w możliwie jak najwięcej rzeczy i wszystkie chcę na siłę realizować wiem. To, że jestem uparta jak osioł wiem. Ale co ma do cholery niejedzenie mięsa do mojego palca!?
Ano według pana irydologa ma. Po części na pewno się z nim zgodzę, gdyż rzeczywiście mój układ trawienny jest, odkąd przeszłam na weganizm, szczątkiem prawidłowego układu trawiennego i doskonale o tym wiem. Wiem, że jedząc coraz prościej, coraz bardziej lekkostrawnie czuję się świetnie, ale gdy tylko zjem coś cięższego - patrz np. masło z nerkowców mój żołądek dwoi się i troi żeby to strawić. A jak już strawi bądź i nie do końca to od razu widzę następnego dnia efekty w postaci np. wyprysków na twarzy. Strach pomyśleć co by się stało gdybym poszła do normalnej restauracji i zjadła coś z pierwszego lepszego menu. Umarłabym od razu...
Nie pomaga to, że codziennie spożywam tonę ziółek, przypraw i soku z imbiru. Po prostu mój żołądek jest leniwy i oduczył się pracować. Nie, to ja go rozleniwiłam. Nie podając mu czegoś, co by go zmusiło do pracy - mięsa, tłuszczu zwierzęcego czy chociażby jajek nie wysila się, żeby produkować odpowiednie enzymy, które są w zaniku. I właśnie ta wizyta dobitnie mi to uświadomiła. Mój żołądek nie produkuje tyle kwasu ile powinien. Przez to nie spełnia swojej obronnej funkcji - nie dość, że nie jest w stanie prawidłowo strawić cięższych rzeczy niż góra warzywek to przede wszystkim nie stanowi odpowiedniego zabezpieczenia przed nalotem patogenów.  A właśnie takowe według tego pana najechały mój organizm. Jakiś pasożyt albo i bakteria albo jakieś inne ufo zrobiło mi wjazd na chatę w przebrzydłym stylu. I zwiedza sobie świat właśnie moim palcem:) 
W każdym razie ciekawą poradą, którą dostałam było, żeby wziąć się za siebie i zjeść trochę "szmalcu":) 
Wszystkie ziółka mam obcykane. Byłam na 3 dniowej głodówce i kilkudniowym poście. Mój palec nadal wygląda jak wygląda, a w dodatku mam wrażenie, że dołącza do niego kolejny. 
Tym razem może pan ma rację? 
W ramach eksperymentu zacznę jeść żółtka. To będzie mój jedyny "lek" jakiego użyję prócz standardowych imbirów, pieprzów, chilli i innych moich towarzyszy.
Może nie uzyskam od razu efektu zdrowego palca, ale zobaczę jak zareaguje mój żołądek na takie wyzwanie po latach. A o efektach tego przedsięwzięcia będę Wam pisać na bieżąco.
Terapeuta potrzebuje terapii - masz ci los....
Dochodzę do wniosku, że skupiam się na wszystkich dookoła i im staram się pomóc, a sama zagryzam marchewkę w przerwie między 4 a 5 godziną pilatesu pod rząd, wierząc, że nadal jestem tą samą silną i wytrzymałą dziewczyną z liceum. 
Cieszę się tylko, że ta pomoc rzeczywiście przynosi efekty, więc tym razem postaram się pomóc efektywnie sobie samej:)